Halina Dzierbysz (rocznik 1961) – aktywistka społeczna, od 2010 roku wielokrotna obserwatorka podczas wyborów na Białorusi, szefowa komisji rewizyjnej stowarzyszenia Wspólnota Polaków (organizacji, która pod wodzą Mieczysława Jaśkiewicza odłączyła się od Związku Polaków na Białorusi). Z zawodu księgowa rewidentka. Poprzez Facebooka poznała się z Mikałajem Autuchowiczem, przedsiębiorcą z Wołkowyska, dawnym „afgańcem” i aktywnym opozycjonistą, więzionym w latach 2006–2008 i 2009–2014. W listopadzie 2020 roku gościła go na nocleg wraz z dwoma kolegami w swoim domu pod Grodnem. W konsekwencji została skazana z artykułów 285 część 2 i 289 Kodeksu karnego na 20 lat w pokazowym procesie o terroryzm, w którym głównym oskarżonym był Mikałaj Autuchowicz.
Kolonia karna to wysepka niewolnictwa
Zobaczyłam mur z drutem kolczastym i dwóch potężnych facetów z wycelowanymi w nas automatami. Ten, który nas wpuszczał, spytał, gdzie te terrorystki. Odparłam: „to ja i tam jeszcze jest druga, czy mogę jej pomóc wynieść torby?”. No i tak gramolimy się z tymi torbami, a oni, widząc te „terrorystki”, aż automaty opuścili.
Spotkała pani już wcześniej Mikałaja Autuchowicza, zanim zgodziła się go pani przenocować?
Nie. Wcześniej jednak sporo rozmawialiśmy na Facebooku. Mnie szczególnie interesowały tematy afgańskie, bo kilku moich kolegów z klasy wylądowało w Afganistanie. Ponadto Autuchowicz był już postacią publiczną, znanym opozycjonistą i wrogiem Alaksandra Łukaszenki. Wtedy w listopadzie 2020 roku odezwał się do mnie i zapytał, czy nie przenocowałabym go wraz z kolegą, bo mają sprawy do załatwienia w Grodnie. Miałam duży dom, więc się zgodziłam. Nie widziałam przeszkód.
Autuchowicz z kolegą przyjechali tak, jak zapowiadał, i po południu pojechali na jakieś spotkanie w Grodnie. Wrócili dosyć późno. Nawet nie za bardzo pamiętam, kiedy dokładnie, bo siedziałam przy komputerze i grałam w karty. A rano wypili herbatę i pojechali.
Taki był niewinny początek, a co dalej?
Chyba następnego dnia dowiedziałam się, może z internetowej gazety „Grodno Live”, że była jakaś historia z samochodem milicjanta w Grodnie, który jakoby został wysadzony w powietrze. Coś w tym stylu. Ale nie zwróciłam na tę informację uwagi. A Autuchowicza też nie pytałam, co on robił w Grodnie. Każde z nas miało swoje życie i sprawy, uważałam więc, że nie mam ani prawa, ani powodu, żeby go wypytywać... A 10 grudnia wpadli do domu funkcjonariusze KGB. Byłam wraz z moją młodszą córką. Chciałam do kogoś zadzwonić, powiadomić. Wyrwali mi telefon z ręki i wpakowali mnie do samochodu.
Jak wyglądało śledztwo?
Zaczęli od rewizji w domu, w którym została moja córka, mnie zaś zawieźli do KGB. Tam chyba ze czterdzieści razy w kółko opowiadałam im tę historię: kiedy Autuchowicz przyjechał, kiedy wyjechał i o czym żeśmy rozmawiali. A oni znowu mnie o to wszystko pytali. Jeden cały czas pokrzykiwał: „Terrorystka, terrorystka, takie jak ty to sadzać trzeba”.
A gdzie panią trzymano przez ten czas?
Najpierw w budynku KGB przy ulicy Gaja. Tam przez dwa dni nie dawali mi nic do jedzenia. Nie podawano także żadnych lekarstw, które na stałe zażywam. Dosadzili mi do celi więźniarkę, pewnie po to, żeby mnie rozpracowywała. Dała mi jednak kawałek chleba i herbatę. Potem przewieźli mnie do grodzieńskiego SIZO, czyli aresztu śledczego. Najpierw siedziałam z dwiema więźniarkami. Też zadawały dużo pytań o Autuchowicza i o sprawę... Byłam w takim stresie, że wszystko im opowiadałam, ale też: co ja im mogłam opowiedzieć? Opowiadałam to, co wiedziałam. Wreszcie 22 maja 2021 roku wrzucili mnie do karceru na trzy dni i potem już do 15 lipca 2022 roku siedziałam w pojedynczej celi. Tak starali się mnie złamać.
Za co pani trafiła do karceru?
W grodzieńskim SIZO łaźnia była zawsze w czwartki. W pewien wtorek przyszła jednak klawiszka (rubieżka) Iryna Leonidowna (ja je wszystkie swołocze pamiętam) i oświadczyła, że mam iść do łaźni. Pech chciał, że akurat otwierając puszkę, przecięłam sobie palec, więc nie chciałam z zakrwawionym palcem iść. I ona w raporcie napisała, że się jej sprzeciwiałam i głośno się z nią kłóciłam.
Jakie warunki są w karcerze w grodzieńskim więzieniu?
Maleńkie pomieszczenie, dziura w podłodze jako toaleta. Cały czas strasznie śmierdzi z rur kanalizacyjnych. Do karceru wolno zabrać tylko szczotkę do zębów, mydło i cienki ręcznik. Dostałam też specjalny więzienny drelich. Nie chciałam go założyć, bo był tak strasznie brudny, że bałam się liszaju albo wszy. W efekcie o mało co nie dostałam za to dodatkowej kary. W celi jest tylko przymocowany do podłogi maleńki stolik i tak samo przymocowany do podłogi taboret. Na noc, o 22.00, otwierają ze ściany taką wąską deskę – nibypryczę – i przynoszą materac oraz koc. Ale ta półka jest tak wąska, że materac się nijak nie mieści i chcąc nie chcąc śpisz na podłodze. Jest uchylone okienko i straszny przeciąg. A rano o 6.00 materac zabierają i tę półkę podnoszą. Cały dzień więc albo chodzisz, albo siedzisz na tym stołeczku.
Wcześniej z kim pani siedziała w celi wieloosobowej?
Tam osadzali więźniarki, które miały za zadanie nade mną „pracować”. Była jedna, która siedziała z gospodarczego artykułu o oszustwie, bardzo dobra w psychologicznych chwytach i ona zręcznie cały czas nade mną pracowała. Całe życie byłam praworządną obywatelką, nigdy nie miałam konfliktu z prawem. W takich warunkach zwykły człowiek nie umie się więc znaleźć. Jest w ekstremalnym stresie... Nawet nie wiem, jak wytłumaczyć, co się czuje. I wtedy pojawia się „dobra” współtowarzyszka. To była właśnie ta Nastia. Najpierw mnie pocieszała, a potem zaczęły się opowiadania... co to ze mną będzie, że spędzę w więzieniu resztę życia, że córki się mnie wyrzekną, że sprzedadzą dom i nie będę miała dokąd wracać. No i stopniowo wpadasz w histerię, a ona cię niby uspokaja. W takiej sytuacji nie ma innego sposobu, jak tylko wewnętrznie się na to zamknąć. Tak jakby ktoś zgasił światło – pstryk i już. Nie słyszysz tego, co ona mówi. Pomyślałam sobie: weź się w garść, kobieto, przecież dobrze wychowałaś swoje córki, to dobre dziewczyny, one by się nie mogły tak zachować. Nie mogłam tego słuchać i już wręcz planowałam, żeby ją sznurem od grzałki udusić. Ale może zorientowali się, że nic z tego nie będzie i wreszcie ją od nas zabrali.
No a poza tym to jeszcze wprowadzali do naszej celi kobiety chore na tę menelską chorobę – świerzb, z liszajami, a także zakażone HIV, wirusem zapalenia wątroby...
Czy siedziała pani z politycznymi?
Nie, nigdy. Tylko ze skazanymi za narkotyki, zabójstwa i inne przestępstwa przeciw społeczeństwu. Osadzali też w sąsiednich celach jakieś kobiety, które tylko ciągle coś mi przekazywały, że Autuchowicz to, Autuchowicz tamto. Czyli wciąż próbowali mnie podejść. Coś ze mnie wyciągnąć.
Potem była pani już tylko sama?
Praktycznie 14 miesięcy. Trochę mnie podtrzymywali osadzeni, którzy siedzieli już od dawna – tak zwani kriepcziki[1]. Można było rozmawiać przez rurę kanalizacyjną albo przykładając kubek do ściany.
Czasem z kalifaktorką, czyli więźniarką roznosząca jedzenie, mogłam zamienić kilka słów. Głównie czytałam książki. Jankę Kupałę[2], Jakuba Kołasa[3]... to prawie na pamięć się nauczyłam. Ale i tak było lepiej, niż jak potem w czasie rozpraw posadzili mnie z kilkoma więźniarkami...
Czemu lepiej?
Ponieważ mam astmę i źle znoszę dym z papierosów. Kiedyś koledzy przywieźli mi z Indii jakieś lekarstwa i to się w dużym stopniu uspokoiło. Któregoś dnia w sądzie widocznie musiałam się znów tego dymu z papierosów nawdychać, bo miałam atak astmy. Przerwano rozprawę i odprowadzono mnie do celi. Przyszedł lekarz, ja mu wszystko o tej astmie opowiedziałam. No i gdy po kolejnej rozprawie wróciłam do celi, były tam już trzy kobiety i wszystkie paliły. Każda paliła chyba paczkę dziennie. Było bardzo ciężko, ale starałam się nic nie mówić i jakoś wytrzymać. Ciśnienie mi podskoczyło.
Jak wyglądała sama rozprawa sądowa?
Najpierw, chyba w końcu 2021 roku, zaczęło się zapoznawanie z materiałami śledztwa. Wtedy dopiero zobaczyłam, kto jest moim współoskarżonym. Do tego czasu nawet nie wiedziałam, że w ogóle są jacyś współoskarżeni. To byli przeważnie emeryci, inwalidzi z całej Białorusi – z Brześcia, z Mińska i ja z Grodna. Niektórych po raz pierwszy w życiu zobaczyłam na rozprawie. A podobno tworzyliśmy jakąś zorganizowaną grupę przestępczą. Ta sprawa była szyta grubymi nićmi i jeszcze do tego zbita zardzewiałymi gwoździami.
Kto występował w roli świadka na rozprawie?
Niejaki Pawieł Michajławicz Sawa. Nawet nie jestem pewna, czy to właśnie on nocował u mnie w domu razem z Autuchowiczem, czy nie, bo wtedy z nimi tak dwadzieścia czy trzydzieści minut rozmawiałam. Wówczas musiałam zawieźć gdzieś męża. Ale to właśnie on mnie pomówił. Tyle różnych rzeczy nawymyślał... Było pięć protokołów i w każdym te same sprawy były opowiedziane w różny sposób. To był recydywista, siedział za jakąś przemoc, wyszedł z więzienia przedterminowo. I to on podpisywał wszystko, czego potrzebowali kagebiści.
Mnie zresztą też próbowali zmusić, żebym podpisała fałszywe zeznania, pomówiła Autuchowicza. Gdybym podpisała wszystko to, do czego mnie próbowali zmusić, to Autuchowicza by od razu rozstrzelali. Nie mogłam jednak zeznawać i potem podpisać zeznania na tematy, o których nie miałam pojęcia. Przecież on ma dzieci, rodzinę. A ja mam sumienie, wierzę w Boga i nie będę pomawiać ludzi. Swój wyrok odsiedzę, ale nie będę kłamać. No i dostałam wyrok.
Czyli kagebiści chcieli, żeby pani złożyła fałszywe zeznania przeciwko głównemu oskarżonemu?
Tak, oni tam fabrykowali sprawę wraz z tym Sawą. Na przykład tam przy jego zeznaniach był jeszcze taki 6. protokół, wizja lokalna i sprawdzenie zeznań na miejscu. W zeznaniach on mówił, że ja miałam ich doprowadzić do willi jednego omonowca, która miała zostać podpalona. I w zeznaniach jest: dom był otoczony siatką. A na zdjęciach z tej wizji lokalnej płot na dwa metry wysoki, na dole cementowy, wykończony ściśle przylegającymi deskami. Gołym okiem było widać, że on tam nigdy nie był, tylko wszystko wymyślał. Opowiadał, że z zewnątrz widział na podwórzu materiały budowlane. Jak on tam mógł cokolwiek zobaczyć na podwórzu, jak w rzeczywistości tam było szczelne ogrodzenie wysokości dwóch metrów?
W innym protokole był opis, że o 11 zadzwonił do Autuchowicza, o 12 pili razem herbatę, a potem o 13 pojechali do kogoś i tam byli do 15–16. A potem w innym miejscu, że tego samego dnia o 11 zadzwonił do Autuchowicza, a o 12 Autuchowicz wsadził go do autobusu do Mińska...
Ekspertyza medyczna stwierdziła potem, że Sawa jest silnie uzależniony od alkoholu, do poziomu degeneracji, i że jego zeznania mogą być niewiarygodne.
A o mnie to tam jeszcze była taka rzecz – Sawa zeznał, że Autuchowicz w moim garażu trzymał broń. Potem prowadzono bardzo szczegółowe techniczne i naukowe ekspertyzy – i powietrza, i czego się tylko dało, ja to nawet nie wiem jakie, ale w każdym razie one wykazały, że w tym garażu raczej żadnej broni nie było. A Sawa w sądzie nawet całkiem otwarcie odpowiedział na pytanie adwokata, czy widział tę broń, że nie, nie widział jej. To czemu opowiada o jakiejś broni w garażu, skoro jej nie widział, a żadnych śladów nie ma w innych materiałach sprawy... Na to odpowiedział, że śledczy mu tak powiedzieli. I że oni mu podpowiadali, jak pisać i poprawiali... To wszystko w sądzie powiedział. No i taki to był ten dowód przeciwko mnie.
Kto prowadził sprawę?
Sędzia Maksim Fiłatau. Ten, któremu w Lidzie nasrali w klubie sportowym do torby.
?
W sądzie, jak by to nie było dziwne, był taki humorystyczny incydent: Fiłatau wcześniej był w Lidzie i tak tam ludziom zalazł za skórę, że pewnego razu w klubie sportowym włożyli mu gówno do torby. To było dosyć głośne wydarzenie.
No i zaczyna się rozprawa, sędziego przedstawiają, że sprawę prowadzi Fiłatau Maksim Jurijewicz, a Wolha Majorawa, bardzo rozumna kobieta, która z Autuchowiczem prowadziła kanał „Da Woli” na YouTubie, pyta:
– O, to pan jest TYM sędzią?
Na co sędzia pyta:
– Jakim „tym”?
– No, no, tym sędzią z Lidy...
– Jakim tym?
Na to inny z oskarżonych – Wałodzia Hundar, inwalida bez nogi – wypalił:
– No tym sędzią, któremu do torby nasrali…
I taki chichot przeleciał i pomiędzy oskarżonymi, i adwokatami po całej sali.
Ile osób było w sprawie?
Dwanaścioro. Najmłodszy z oskarżonych odpowiadał tylko za uczestnictwo w demonstracjach. Ponieważ odsiedział swoje w śledztwie, więc go niemal prosto z sali sądowej wypuścili. Natomiast Autuchowiczowi dali 25 lat, Majorawej 20, mnie 20, temu Sawie, który wszystko wygadał, też 20... W czasie procesu Autuchowicz go pytał: „Czemu ty Helenę Iwanownę oczerniasz, przecież to wszystko jest nieprawda”. A on na to: „Bo uważam to za słuszne...”.
Czyli współpracował z KGB, a i tak dostał tyle samo?
No właśnie. Teraz boją się wysłać go do kolonii karnej. Trzymają cały czas w więzieniach. Gdy już nas wypuszczali i wywozili na Litwę, jechałam z Kolą Statkiewiczem. My się znamy i on mi powiedział, że Sawa cały czas siedzi w SIZO KGB w Mińsku, robi za kajfusa, czyli kalifaktora. Boją się, że jak do kolonii pojedzie, to żywy z niej nie wyjdzie. W koloniach karnych w całej Białorusi oczekują tego Sawy, bo informacje po zonie rozchodzą się wbrew temu, co sobie można wyobrażać.
Jak długo trwał proces?
Cztery i pół miesiąca. Byłam skazana z trzech artykułów: zorganizowana grupa przestępcza, terroryzm i próba przejęcia władzy państwowej siłą. Byłam przecież obserwatorką na wyborach. Czyli na ten ostatni artykuł naprawdę „zapracowałam”. Od 2010 roku byłam na wszystkich wyborach obserwatorem z Komitetu Helsińskiego.
Proces trwał cztery i pół miesiąca. Po pięć dni w tygodniu. O ile dobrze pamiętam, była tylko jedna duża przerwa, która trwała dwa tygodnie. Ogłoszono ją po tym, jak sędziego Fiłataua potrącił samochód. Codziennie przez cały czas rozprawy przed wywiezieniem rozbierano nas do naga i sprawdzali każdy otwór ciała. Potem nasze ubrania kładli do maszyny rentgenowskiej, a my staliśmy tylko w majtkach i czekaliśmy, a potem natychmiast te ubrania żeśmy na siebie wkładali. I po jakimś czasie zaczęły się u mnie pojawiać wysypka, swędzenie, zawroty głowy. I nie tylko u mnie, w zasadzie wszyscy zaczęli to odczuwać. Któregoś razu nie chciałam oddać koszulki do rentgena i za to dostałam siedem dni karceru. Wszyscy wylądowaliśmy w karcerze. Podczas sądu. Ale tym razem dostaliśmy nowe więzienne drelichy, tym razem czyste.
Czy miała pani adwokata?
Tak, broniła mnie grodzieńska adwokatka Swiatłana Biryława. Jak się potem dowiedziałam, już w kolonii od innych więźniów, chyba pozbawiono ją potem licencji, czyli wyrzucono z adwokatury. Pani Biryława to bardzo rozumna adwokatka, niczego złego o niej nie mogę powiedzieć. Na salę rozpraw wpuszczano tylko media państwowe, prołukaszenkowskie. Inne nie miały prawa wstępu. Podczas rozprawy złożyłam wniosek o to, by pozbawiono mnie białoruskiego obywatelstwa, bo mam polskie. Jako polska obywatelka domagałam się wizyty polskiego konsula, polskiego adwokata... Władze na to odpowiadały, że według prawa Republiki Białorusi podwójne obywatelstwo nie istnieje. Potem ponownie na rozprawie domagałam się pozbawienia mnie białoruskiego obywatelstwa, bo, jak pisałam, nie chcę być obywatelką kraju, który na podstawie pomówień i zniesławień niszczy własnych obywateli i wsadza ich do więzienia. W sądzie nie rozpatrzyli tego mojego podania, a mnie znowu wpakowali do karceru.
Jak wyglądała sytuacja z korespondencją?
Mniej więcej od sierpnia 2021 roku przestali mi przekazywać listy. Natomiast w kolonii karnej dostawałam jeden list raz na dwa miesiące, i to wyłącznie od córki. Córka pisała do mnie co tydzień, ale większość listów do mnie nie dotarła. W sierpniu mam urodziny... I zobaczyłam w bazie listów do więźniów, którą stworzyli obrońcy praw człowieka, chyba 160 listów z powinszowaniami.
Po czterech i pół miesiącach procesu wyrok ogłoszony został dopiero po jeszcze kolejnym miesiącu, czyli 17 października 2021 roku?
Tak. Przy czym adwokaci po prostu w drobny mak roznieśli argumentację oskarżenia. Jestem przekonana, że część dokumentów, na których opierało się oskarżenie, była po prostu podrobiona. Jestem z zawodu księgową rewidentem i wystarczy, że popatrzę na dokument, a już się mniej więcej orientuję się, co do czego pasuje. Na przykład zrobili tabelę z rzekomymi telefonami od Autuchowicza do mnie i w drugą stronę. Podobno te dane pochodziły z jego telefonu, ale nie dołączono screenów – jedynie zrobiono tabelę. Domagałam się, by udostępniono mój tablet, który zabrało KGB. Można było wejść do mojego Facebooka i sprawdzić, ale oczywiście tego nikt nie pozwolił mi zrobić. O tym, że w tabeli podano nieprawdę, świadczy choćby taki przykład: 25 października 2020 roku pojechałam z córką do Grodna na zakupy, ale ponieważ akurat trwała tam akcja protestu, to zostałyśmy zatrzymane koło Kinoteatru Grodno. Następnie od 15 do 22 byłyśmy przetrzymywane przez milicję na posterunku. Trwało to tak długo, bo zatrzymano około stu osób. Milicjanci cały czas spisywali protokoły. Nawet prokuratorka okręgowa Ludmiła Alaksandrauna Hierasimienka dołączyła spisany około godziny 17 protokół zatrzymania. Tymczasem wedle tabeli, którą posługiwała się teraz prokuratura, korespondowałam na komunikatorze z Autuchowiczem. Wychodziło na to, że siedząc w jednym pomieszczeniu z milicjantem i zeznając, jednocześnie miałam z domu prowadzić w Facebooku korespondencję z Autuchowiczem.
Takie „drobiazgi” nie zaprzątały im jednak głowy, bo chcieli na siłę zrobić proces pokazowy. Zebrali emerytów i inwalidów z całej Białorusi – Wolhę Majorawą z Mińska, dwóch oskarżonych z Brześcia, mnie z Grodna – i wytoczyli nam proces. Po prostu chcieli zastraszyć ludzi. Funkcjonariusz KGB, który mnie przesłuchiwał, mówił nawet: „Pani nam jest niepotrzebna, niech pani tylko podpisze zeznania i już. Wypuścimy”. Ale jak ja mogłam poświadczyć, że widziałam u Autuchowicza jakąś broń, skoro nie widziałam i nie miałam pojęcia, co on robił w Grodnie. Przecież ja wierzę w Boga! I Pan Bóg mi pomógł... Kagebista mówił, że może z tej sprawy zrobić drobne chuligaństwo, a może też „ohohoho jaką sprawę!”. No i wyszło „ohohoho”... W Grodnie służy pułkownik Aleh Iwanawicz Waraniecki, szef wydziału śledczego grodzieńskiego KGB. Mówili mi o nim, że on nawet do cerkwi chodzi i świeczki stawia, ale nic to mu nie pomoże i żadne modlitwy nie zmyją krzywd, które wyrządził... Właśnie ów Waraniecki mi powiedział: „po co ci ten adwokat? Lepiej zeznawaj, jak chcemy, to cię wypuścimy, bo nam jest potrzebny Autuchowicz, a nie ty”. Odpowiadałam, że wiara nie pozwala mi kłamać i gdybym skłamała, to rodzina Autuchowicza jeszcze przez sześć pokoleń by mnie przeklinała. Odparł, że mnie na 20 lat posadzi. I tak się stało, bo nigdy nie przyznałam się do winy.
A sędzia Fiłatau po prostu spał na rozprawie.
Nie spodziewała się pani jednak takiego wyroku...
Nie spodziewałam się wcale. Za co 20 lat? Za to, że człowieka przenocowałam, nakarmiłam i poczęstowałam herbatą? To był szok. Ale jestem szlachcianką, musiałam się trzymać. Po mamie mam szlacheckie korzenie. Po prostu musiałam... Mama mówiła „usramsa, no nie poddamsa”[4] (śmiech). Oni chyba myśleli, że jak usłyszymy wyrok, to będziemy sobie z rozpaczy włosy wyrywać, padniemy na kolana albo zemdlejemy. Dostałam 20 lat, Wolha Majorawa także 20, Iryna Melcher, która jest starsza ode mnie i ma ponad 70 lat, usłyszała wyrok 17 lat, Lubou Razanowicz – 15, batiuszka Siarhiej Razanowicz – 16. Wałodzi Hundarowi – inwalidzie z jedną nogą – wlepili 18 lat, synowi Razanowicz – 19, a samemu Autuchowiczowi – 25. Taki był wyrok, ale wszyscy wytrzymaliśmy ogłoszenie go spokojnie i z godnością. Jak szedł Fiłatau, wszyscyśmy mu klaskali – „brawo sędzia”. To po prostu trzeba było wytrzymać... Ciężko było.
I zaraz potem przewieziono panią do kolonii karnej w Homlu?
Nie od razu. Jeszcze siedziałam w grodzieńskim więzieniu do apelacji i jeszcze trochę potem, do 23 maja 2023 roku. Cały czas się tam nade mną znęcali. Jeszcze i kolejny karcer zdążyłam zaliczyć. Bo to tak jest, że i więźniarki cię wpuszczają... Na przykład jeden raz mojkę[5] wsunęły za etykietę mojej buteleczki z żelem do mycia twarzy. A to jest od razu poważne naruszenie regulaminu. A jak przyszła klawiszka na kipisz, to od razu prosto do tej buteleczki podeszła i znalazła... Trzy razy w karcerze siedziałam. Łącznie 16 dni.
Czy otrzymywała pani paczki? Czy paczek też mogą pozbawić?
Tak, dostawałam. W więzieniu paczek nie pozbawiali, ale potem w kolonii to się zdarzało. Mnie tylko ciągle widzeń pozbawiali. Przez pięć lat miałam trzy widzenia z córką. Jedno przez szybę i przez telefon, jeszcze w Grodnie, a potem dwa w kolonii karnej. A poza tym mogłam przez telefon przez trzy minuty rozmawiać co miesiąc.
Do kolonii wyjechaliśmy stołypińskim wagonem 7 sierpnia, a 9 sierpnia wysadzili nas w Homlu, tam już czekała suka. Pamiętam, że jak wysiedliśmy, zobaczyłam mur z drutem kolczastym i dwóch potężnych facetów z wycelowanymi w nas automatami. Ten, który nas wpuszczał, spytał, gdzie te terrorystki. Odparłam: „to ja i tam jeszcze jest druga, czy mogę jej pomóc wynieść torby?”. Była ze mną Luba Razanowicz (ta matuszka, żona księdza prawosławnego z naszej sprawy). Ona miała dużo rzeczy, nie zdołała ich przekazać na wolność przed wyjazdem do kolonii. No i tak gramolimy się z tymi torbami, a oni, widząc te „terrorystki”, aż automaty opuścili.
Potem zaprowadzili do kwarantanny, większość rzeczy pozabierali i oddali do przechowalni, bo nie wolno mieć tyle. Majtki zostawili, dwie czarne koszulki z krótkim rękawem, dwie z długim, dwie pary legginsów i klapki. Nawet jak masz dwa kremy, jeden zabierają. Niedozwolone. Przez dwa tygodnie pobytu w kwarantannie przychodziło do mnie dziewięciu klawiszy. To byli funkcjonariusze odpowiedzialni za „pracę wychowawczą”. Ciągle pytali o sprawę, pytali i namawiali, żebym przyznała się do winy.
Przychodziła do mnie Alena Piatrouna Łukomska, zastępczyni naczelniczki kolonii do spraw resocjalizacji, i namawiała, żebym napisała prośbę o ułaskawienie. Odpowiedziałam, że napiszę, ale chciałabym, żeby mi zorganizowano spotkanie z Łukaszenką. Jakoś nie załatwili. Potem zostałam przydzielona do dziewiątego oddziału. Było tam około 100 kobiet. Ten oddział znany był z tego, że znęcano się w nim nad więźniarkami politycznymi. Były i przypadki bicia, ale przede wszystkim robili tam wszelkie możliwe obozowe złośliwości, żeby utrudnić życie. Na przykład przychodzi dziewczyna z pracy, włazi na swoją pryczę, a tam materac mokry, zalany herbatą albo wodą, albo zużyte podpaski do kieszeni napchane, albo piasek do butów nasypany, guziki obcięte przy więziennej kurtce...
Czy kryminalne stanowiły większość wśród osadzonych?
No tak. A zawsze „najbogatsze” są polityczne, bo ich rodziny nie porzuciły i przysyłały paczki... No i może jeszcze młodociane narkomanki, którym rodzina coś przysyła. U reszty to z tym słabo. A są i takie, których rodziny się wyrzekły... A ponieważ jeść chcą wszyscy, to strasznie kradną. Jest na piętrze takie pomieszczenie, nibykuchnia, tam stoją metalowe szafki, dwie lodówki i można tam jedzenie trzymać. No i są trzy gniazdka, żeby czajnik włączyć – na 100 osób. Czasem przyjdzie taka z prośbą: daj torebkę herbaty, no to zrobi ci się żal i dasz, a ta zaraz pójdzie i doniesie na ciebie, że taka a taka dała herbatę. I już raport na ciebie piszą i idziesz do SZIZO. Bo politycznej nie wolno nikomu niczego dawać ani od nikogo niczego brać. A kryminalne biorą i dają, zamieniają się, razem jedzą... Na szczęście mnie tam tak bardzo nie prześladowały. Zaprzyjaźniłam się najbardziej z kilkoma kobietami, które siedziały z artykułu 139. To przede wszystkim starsze już wiekiem kobiety, które mężów zabiły... To najporządniejsze osoby.
Ale też siedziałam z takimi trzema koleżankami, które czwartej głowę ucięły, i z taką chudziutką, drobniutką, co dziecko zabiła i poćwiartowała, bo tak jej kochanek kazał... I była też taka już starsza osoba, która wnuka zabiła, to ona nawet w cerkiewnym chórze śpiewała – bo na terenie kolonii jest cerkiewka. I to wszystko są bardzo szanowane przez administrację osoby. Mnie nigdy śpiewać nie pozwolili. Ale były też i takie przypadki, i to niejeden, gdy kobieta siedziała za próbę zabójstwa męża i dostała dziewięć lat, choć mąż żył i listy nawet do niej do kolonii pisał... Tylko że rodzina miała znajomego milicjanta i przy jego pomocy pozbyto się niewygodnej baby. A kolonia to taka wysepka niewolnictwa. Kobiety tam za talerz śmierdzącego jedzenia pracują. Szyją mundury dla milicji, KGB i straży pożarnej.
Wiele razy w stosunku do mnie były próby prowokowania ze strony kryminalnych. Była taka sytuacja, że jedna z nich mnie uderzyła w pustym pomieszczeniu gospodarczym... chodziło o to, żebym zaczęła awanturę. Wtedy strażniczki spisują protokół i od razu ja idę do SZIZO. Była też taka jedna polityczna – D., co nagminnie na mnie donosiła, zresztą nie tylko na mnie, na wszystkie kobiety, które sobie wzajemnie pomagały. Jedna z nich zawsze mi coś kupiła, jak poprosiłam, bo chociaż miałam pieniądze na rachunku, to jako uporczywie naruszająca regulamin miałam ograniczony limit do 84 rubli. W zamian zawsze coś jej z paczki dawałam... Potem nas trzy porozrzucali po innych oddziałach.
Skąd pani wie, że doniosła właśnie ta kobieta?
Wszystkie w całej sekcji widziały, jak D. pisała donos... Trzy kartki zapisała i poszła do funkcjonariusza operacyjnego. Bo sama mówiła, że na nas wszystkie raport napisze... Widać było, że jak tylko coś zauważy, zaraz cyk, na zegarek patrzy i coś tam sobie notuje.
Za co panią karano?
Różne rzeczy były. Na przykład latem, kiedy był upał 30 stopni, zmuszano mnie do dyżurowania przy furtce. A ja mam chore serce i absolutnie nie wolno mi przebywać na słońcu, szczególnie w upale. Prosiłam, żeby mnie w tych godzinach, od 12 do 17, nie wstawiali w grafik. Nie odmawiam pełnienia dyżuru, byle tylko nie w pełnym słońcu. Mnie się po prostu tam słabo robiło. Dziewczyny mi wodę przynosiły, ale zamienić się nie było wolno, bo politycznej nie wolno zamienić... W końcu poszłam do tej, która grafiki ustawiała, i poprosiłam, żeby mnie nie ustawiali w tych godzinach, ale nic, dostawałam dyżury o 13, 14, w końcu poszłam do lekarki, szefowej działu sanitarnego, powiedziałam, że mam takie wskazanie lekarskie, że mi nie wolno w upale stać. A ta tylko powiedziała, że jeśli natychmiast nie przestanę jej głowy zawracać, to zaraz napisze na mnie raport, i wyrzuciła mnie za drzwi. A potem ta, co grafiki układała, napisała na mnie donos, że się do niej w niegrzeczny sposób odzywałam. No i pozbawili mnie widzenia.
Drugi raz to wezwała mnie funkcjonariuszka od spraw wychowawczych, a mnie się guzik przy sukience rozpiął. Wcześniej nie pozwolili mi go przeszyć, „żebym nie niszczyła państwowej własności”. Pewnego razu nie przypilnowałam i guzik się rozpiął. I pozbawili mnie widzenia kolejny raz. A trzeci raz to znowu jedna kryminalna więźniarka, zresztą Polka z pochodzenia, urzędniczka bankowa (ta, która mnie już wcześniej prowokowała do awantury), na mnie doniosła. A jak już masz trzy naruszenia regulaminu, to z automatu zostajesz więźniem „złośliwie naruszającym regulamin”. A za tym idą kolejne represje i utrudnienia. Na przykład skrócenie widzeń telefonicznych do trzech minut...
No i takie sposoby na oddzielenie człowieka od rodziny.
Tych sposobów presji i robienia życia nieznośnym było wiele. W 19. oddziale trzy razy mnie wrzątkiem któraś niby przypadkiem oblewała (na szczęście tylko raz chlapnęło na nogę, a pozostałe razy na ubranie). I mogę jeszcze opowiedzieć o takiej przygodzie. Chciałam ufarbować włosy, siwa już jestem... Posmarowałam głowę farbą, a to trzeba półtorej godziny trzymać. A tu wezwali mnie do działu medycznego, żeby oddać krew do analizy. No i ja nie zdążyłam w określonym czasie, kiedy wolno nam zajmować się swoimi sprawami, zmyć tej farby. Przyszłam na oddział, proszę klawiszkę o pozwolenie na zmycie farby. A ta nie pozwoliła. I tak w połowie dnia to już mnie tak strasznie zaczęła piec głowa, że nie mogłam wytrzymać. Poprosiłam koleżankę, żeby spojrzała, a ta mi mówi: ty czym prędzej idź do lekarza. Poprosiłam i mnie tam odprowadzili. Pielęgniarka zawołała lekarzy. Okazało się, że mam całą skórę spaloną, opuchniętą... Zmyli mi głowę, potem jeszcze jakimś płynem polewali, maścią smarowali, a potem dwa tygodnie chodziłam na opatrunki i skóra schodziła mi przez pół roku i włosy wychodziły.
A do SZIZO pani trafiła?
Nie, gdy byłam w kolonii karnej ani razu. Uważam, że uratował mnie jeden człowiek, który starał się wielokrotnie, żebym nie dostała tych najgorszych rodzajów kar. Wiem o tym, ale nie mogę oczywiście podać nazwiska. No i ani w SZIZO nie siedziałam, ani paczek mnie nie pozbawiali, co było bardzo ważne, bo coś jednak trzeba jeść. A ja tego miejscowego jedzenia nie mogłam przełknąć, najwyżej ziemniaki jadłam, i to te, które były całe... Zwłaszcza po tym, jak trafił mi się w gulaszu dorodny robak. Taki solidnych rozmiarów, fioletowo-bordowy – ugotowany. „Dziewczyny” – wołam – „Która chce mięso? Już się nie rusza...”. Robaki znalazłam w jedzeniu dwa razy. Drugi raz to było danie pod szumną nazwą „makaron z kurą”. No makaron jest, marchewka jakaś, a obok leży solidny centymetrowy biały robak z czarną główką. Te kury to w fabryce drobiu zdychają i leżą, mucha siadła, zniosła jaja i larwa się wylęgła. Sama widziałam, jak kiedyś mięso wieźli półciężarówką. Środek lata, odwinęła się plandeka, a tam leży jakaś ćwiartka czy to świni, czy wołu, zaschnięta już na wierzchu, sinoczerwona, a nad tym chmura much...
Ja to bym chyba nie przeżyła bez paczek.
A jak wyglądała sprawa z językami? Czy można było używać białoruskiego? Albo na przykład polskiego się uczyć?
Jak przyjechałam, rozmawiałam po białorusku. Od razu mi powiedzieli – zapomnij albo pójdziesz do SZIZO. A polski modlitewnik mi zabrali. Zabrali też Kodeks postępowania karnego, który miałam ze sobą. Była tam biblioteka, ale jak pojawiły się polityczne, to z biblioteki wycofali wszelkie książki prawnicze. Psychologicznych i historycznych też nie dawali, tak samo jak do nauki języków. Można było sobie bulwarowe romanse wypożyczać. Jedno, co mi się udało tam przeczytać, to Potop Sienkiewicza. Ale potem tę książkę też usunęli z biblioteki.
O, jeszcze jedną historię pani opowiem. W kolonii jest klub, w którym czasem pokazują filmy, a czasem i koncerty bywają, ale politycznym tam nie wolno na koncerty przychodzić. I tam taka piosenka stale była śpiewana, którą w telewizji ciągle puszczają – Maja Biełaruś. To ciągle gdzieś brzmiało niczym hymn. Największą piosenkarką w kolonii była taka dziewczyna Turczynka, skazana za oszustwo, a jako chórek występowały skazane za narkotyki. No i Turczynka śpiewa Maja Biełaruś, a chórek dodaje: „zjednoczyła nas”… My polityczne wejść nie możemy, stoimy więc na zewnątrz, słuchamy i tak sobie gadamy: artykuł 209 – oszustwo – śpiewa, że to „moja Białoruś”, potem artykuł 328 – narkotyki, że „zjednoczyła nas Białoruś”. Proszę, proszę, jaka to teraz jest ta Białoruś... Potem na rozmowie z psycholożką (to też klawiszka) powiedziałam o tym skojarzeniu i niech pani sobie wyobrazi, że przestali to śpiewać.
A czy kryminalne traktowały polityczne wrogo?
Zawsze. Tam króluje donosicielstwo. Mnie jeszcze, gdy siedziałam w Grodnie, to ci kriepcziki, z którymi rozmawiałam przez ścianę, mówili, że żeńska homelska kolonia to jeden wielki bałagan. Rozwinięte są stosunki lesbijskie, administracja kolonii to do czasu toleruje, a nawet świadomie przymyka oko, żeby potem te dziewczyny szantażować i mieć kolejne donosicielki i prowokatorki, które zrobią, co im administracja każe.
Porozmawiajmy jeszcze o pani uwolnieniu. Pani nie prosiła o ułaskawienie?
23 lipca 2024 roku poszłam po paczkę od córki, którą specjalnie przywiozła te prawie 600 kilometrów z Grodna, żeby się owoce i warzywa nie zepsuły. Wezwano mnie wtedy do sztabu. Najpierw pomyślałam, że znowu jakieś naruszenie regulaminu, ale okazało się, że przyjechał prokurator z Mińska. Najpierw mnie wypytywał o sprawę, ale ja chyba teraz pani więcej powiedziałam niż wtedy jemu, bo zasłoniłam się tym, że podpisywałam zobowiązanie do milczenia na temat śledztwa. Potem pytał, czy przyznałam się do winy, a ja że nie. No i mówię mu, że nie mogę się przyznać do czegoś, czego nie zrobiłam. Ale skarżyłam mu się na złe traktowanie i powiedziałam też, że ja mam już status więźniarki politycznej, no i poza wszystkim jestem polską obywatelką, obywatelką Unii Europejskiej. On mi na to: „Pani chyba wie, że nie wyjdzie z tej kolonii. Musi pani napisać prośbę o ułaskawienie”. I podyktował: „Ja taka a taka, osądzona z artykułów takich i takich, przyznaję się w pełni do winy i wyrażam skruchę”. Potem jeszcze miałam napisać, co takiego zrobiłam. Tak zrobiłam, tylko nie napisałam, że w pełni wyrażam skruchę. A potem w opisie dodałam, że moja wina polegała na tym, że przenocowałam Autuchowicza, nakarmiłam go i dałam mu herbatę. Prokurator powiedział mi, żebym jeszcze, skoro jestem obywatelką polską, napisała, że nie mam pretensji do Republiki Białorusi. I tak napisałam – to było wszystko.
A potem, 25 stycznia 2025 roku, znowu przyjechał kolejny prokurator i tym razem stanowczo się domagał, żebym sama już nic nie pisała, lecz podpisała blankiet, że przyznaję się do winy według artykułów takich i takich. No i podpisałam. Po prostu chciałam wyjść stamtąd żywa. Bo to była taka odsiadka do śmierci, bilet w jedną stronę.
A jeszcze miałam ogromne problemy z zębami, które zaczęły się jeszcze w więzieniu w Grodnie. Tam mnie wyprowadzali na spacer w straszny upał. Straciłam przytomność i upadłam, uderzyłam głową i pękł mostek. Cały bok twarzy miałam siny, potem żółty, w ustach pełno krwi... Jeden z zębów został razem z mostkiem wybity, drugi się przesunął, wywiązał się stan zapalny. Oczywiście nie otrzymałam żadnej pomocy lekarskiej, choć prosiłam i zgłaszałam problem. Przez dwa i pół roku chodziłam z wielkim ropniem i przetoką do zatok, nie mogłam oddychać. Już w Warszawie miałam usuwane cztery zęby. Mam pełną dokumentację medyczną.
Rozmowę przeprowadziła Agnieszka Romaszewska-Guzy.
[1] Kriepcziki (ros. крепчики, od крепкий – mocny, twardy) – więzienni weterani o ugruntowanej pozycji w nieformalnej hierarchii osadzonych, cieszący się szacunkiem zarówno wśród współwięźniów, jak i – niekiedy – administracji.
[2] Janka Kupała (1882–1942) – białoruski poeta, dramaturg, publicysta. Jeden z najważniejszych twórców literatury białoruskiej i jej współczesnego języka.
[3] Jakub Kołas (1882–1956) – białoruski pisarz, publicysta, działacz społeczny. Obok Janka Kupały drugi najważniejszych twórców literatury białoruskiej i jej współczesnego języka.
[4] Zesram się, a nie poddam się (tłum. red.).
[5] Ostrze wyjęte z maszynki do golenia.