Antanina Kanawaława (rocznik 1988) – działaczka opozycji białoruskiej i współpracowniczka Swiatłany Cichanouskiej. Aresztowana 6 września 2020 roku, 7 maja 2021 roku skazana na pięć i pół roku pozbawienia wolności z artykułów 293 część 2 i 293 część 3 Kodeksu karnego Białorusi, czyli za organizację masowych zamieszek i uczestnictwo w nich. Zwolniona 15 grudnia 2024 roku.
Aby przetrwać, musisz dać się upokorzyć i zdusić w sobie wszystko, co ludzkie
Śledczy groził, że zrobią wszystko, aby moje dzieci „poczuły, co to znaczy być wrogiem narodu”. Opowiadał, jak potem zostaną adoptowane przez obcych ludzi, a mnie nikt nie poinformuje, do kogo trafią. Jak będą nad nimi znęcać się inne dzieci, czym będą je karmić, że będzie gorzej niż z psami.
W jaki sposób znalazła się pani wśród ofiar białoruskiego systemu represji?
W 2020 roku byłam pełnomocniczką Swiatłany Cichanouskiej i koordynatorką sztabu w Mińsku oraz w obwodzie mińskim, a także koordynatorką wolontariuszy w całej Republice Białorusi. Można więc powiedzieć, że zakres moich obowiązków był bardzo szeroki. Zatrzymano mnie 6 września 2020 roku.
Pierwszym zarzutem, który mi postawiono, był ten na podstawie artykułu 342 – chodziło o rzekome tamowanie ruchu. Następnie zarzut przekwalifikowano na artykuł 293 część 2, czyli udział w masowych zamieszkach, a wszystko to przeprowadzono jeszcze przez artykuł 13, czyli „przygotowanie” do obalenia władz państwa.
Zatrzymano panią na wiecu?
Zatrzymano mnie już po zakończeniu całej kampanii wyborczej, kiedy spotkałam się z innymi osobami, żeby zastanowić się, co robić dalej. Po wszystkich pikietach, które organizowaliśmy, zostały nam jeszcze takie półlegalne materiały: ulotki, opaski zaciskowe – wszystko było zapakowane do bagażnika. Trzeba było zdecydować, co z tym zrobić i jakie będą kolejne kroki. W tamtym momencie Swiatłana Cichanouska opuściła już Białoruś pod presją gróźb. Planowaliśmy iść na akcję protestacyjną, ale nie zdążyliśmy dotrzeć na miejsce. Zatrzymały nas oddziały milicji, w takich czarnych, opancerzonych busach, a dodatkowo był jeszcze radiowóz DPS, czyli drogówki.
Kiedy przewieziono nas do Rejonowego Wydziału Spraw Wewnętrznych (RUWD) dzielnicy Partyzanckiej w Mińsku, umieszczono nas w garażu, gdzie zwykle stoją radiowozy. Spędziliśmy tam około ośmiu godzin. Dopiero później zaczęto nas przesłuchiwać – kim jesteśmy i czym się zajmujemy. Wtedy na Białoruś przyjechała rosyjska telewizja RT [Russia Today – przyp. red.], żeby „pomóc”, ponieważ wielu pracowników Biełaruś TV odmówiło dalszej pracy. Powiedziano im, że zatrzymano grupę osób, rzekomo należących do organizacji terrorystycznej, która miała zajmować się podejrzaną działalnością. Dodano, że w bagażniku auta należącego do owej grupy znaleziono różne transparenty i „zakazane materiały”. Pamiętam, że przyjechali do tego garażu, żeby nagrać z nami wywiad, ale wszyscy odmówiliśmy. W efekcie odjechali z niczym. Już później, w samym RUWD, byłam przesłuchiwana. Przesłuchiwali mnie funkcjonariusze KGB oraz śledczy milicji. Wszystkie pytania dotyczyły kampanii wyborczej.
Co najbardziej interesowało śledczych?
Bardzo ich interesowało, zwłaszcza funkcjonariuszy KGB, dlaczego w ogóle zaangażowałam się w tę kampanię wyborczą. Jakim sposobem wpadłam na pomysł, żeby założyć organizację „Kraj do życia”[1] i ją oficjalnie zarejestrować. Wtedy zrozumiałam, że to naprawdę bardzo ich dotknęło, bo nasza organizacja była autentyczna. Odniosłam wrażenie, że próbowali za wszelką cenę udowodnić istnienie jakichś powiązań zewnętrznych i próby przewrotu. W tamtym czasie oni po prostu bali się ogromnej liczby ludzi na protestach. Wydaje mi się, że przede wszystkim bali się siły, która wyszła na ulice. Naród nie był już tak łatwy do kontrolowania jak wcześniej. I to ich przerażało. Nie wiedzieli też, czego się po nas spodziewać. Tym bardziej, że zdawali sobie sprawę, iż zatrzymali ludzi związanych z „Krajem do życia”, a to był w tamtym momencie główny przeciwnik Łukaszenki, którego on wyraźnie nie docenił.
Jak wyglądało to pierwsze przesłuchanie?
To była raczej rozmowa prowadzona spokojnym tonem. W tamtym okresie nie formułowano jeszcze podczas przesłuchań otwartych gróźb. Grali w „dobrego i złego policjanta”: ktoś próbował pozyskać moje zaufanie, ktoś inny mówił: „grozi ci wyrok, zastanów się”. Zadawali różne pytania: co robiliśmy w sztabie, czym się zajmowaliśmy, co planowaliśmy dalej? Udawałam naiwną. Mówiłam, że nic nie wiem, że jestem tylko zwykłą wolontariuszką. Zawsze trzymałam się właśnie tej wersji. Już po pierwszych przesłuchaniach organy ścigania dopuściły się wielu rzeczy, które były nielegalne. Na przykład wiem, że zgodnie z prawem białoruskim nie mieli prawa mnie zatrzymać na 24 godziny, ponieważ mam dwoje małoletnich dzieci – w tamtym czasie miały cztery i sześć lat. To jednak im w niczym nie przeszkodziło.
Rozumiem, że doszło już do aresztowania i umieszczenia w areszcie?
Zabrano nas wtedy na Akreścina[2], do słynnego aresztu w Mińsku. W tamtym czasie nie wiedziałam jeszcze, że istnieje podział na CIP (areszt administracyjny) i AUS (areszt śledczy). Kiedy podjechaliśmy na Akreścina, najpierw zawieziono nas do CIP-u. Problem polegał jednak na tym, że funkcjonariusze tego budynku nie otworzyli drzwi własnym kolegom. Wtedy przewieziono nas do AUS-u. Być może to mnie w pewnym sensie uratowało, bo w CIP-ie w tamtym czasie było strasznie. Wtedy ludzi już bito, i to bardzo brutalnie. Jak się okazało w AUS-ie także. Gdy trafiliśmy do AUS-u, zaprowadzono nas do „szklanek”, czyli małych, ciasnych pomieszczeń. Mniej więcej metr na metr. Bez okien, bez niczego, goły beton. Przez jakiś czas staliśmy właśnie tam. Potem wyprowadzono nas na korytarz i tam było widać ślady krwi na ścianach, narożnikach, wszędzie. To były naprawdę straszne rzeczy.
Chodziło o wzbudzenie przerażenia?
Tak. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że zaraz będą nas bić. Funkcjonariusze byli bardzo agresywni. Chodzili w maskach, z pałkami, krzyczeli na nas, że jesteśmy „sektą”, że pierzemy ludziom mózgi, że „zaraz was nauczymy rozumu”. Wtedy po raz pierwszy taka myśl przemknęła mi przez głowę, że będą nas bić. Ale w tamtym momencie nas nie ruszyli.
Byliście jeszcze razem: kobiety i mężczyźni?
Tak, byliśmy razem. Rozdzielono nas dopiero później, gdy zaczęto nas rozprowadzać po celach. Chłopaków zaprowadzono na drugie piętro, tam ich rozdzielili, a mnie zaprowadzono na czwarte piętro. Później mi powiedziano, że na czwarte piętro trafiają już ci, u których będzie sprawa karna. Dostałam też tak zwaną „pomoc humanitarną”: paczkę z papierem toaletowym, szczoteczką i pastą do zębów. Wydawało mi się to wszystko takie… zwyczajne. I myślałam sobie: „no dobrze, odsiedzę dobę, będzie sąd i wrócę do domu”. Wszystkie swoje rzeczy zostawiłam dziewczynom.
Tak jednak nie było…
Mieli mnie sądzić następnego dnia, ale ten sąd odwołano. Ostatecznie postępowanie administracyjne odbyło się dzień później. To był poniedziałek, 8 września 2020 roku. Sam sąd administracyjny przebiegł jak we wszystkich przypadkach, dosłownie pięć sekund: pytanie, czy przyznaję się do winy, uderzenie młotkiem i koniec. Dostałam wtedy 40 stawek bazowych grzywny. Kiedy wyszłam z sali sądowej na korytarz, kazano mi czekać. I wtedy zadzwonił telefon. Słyszałam już, że po mnie idą, bo nie oddano mi moich rzeczy. Wiedziałam, że ktoś zaraz wejdzie. I rzeczywiście: przyszło trzech mężczyzn w cywilnych ubraniach, nie przedstawili się, powiedzieli tylko, że muszę z nimi pojechać do Komitetu Śledczego (SK). Zabrali mnie do siedziby SK w Mińsku, na ulicę Waładarskiego[3]. I tam zaczęło się już coś w rodzaju absurdu. Sam śledczy, który miał się mną zajmować, wyglądał tak, jakby w ogóle się mnie nie spodziewał. Był wyraźnie zaskoczony, że mnie przywieźli. Biegał w pośpiechu, nerwowo wypełniał dokumenty i nie mógł się zdecydować, jaki artykuł mi wpisać. Najpierw napisał jeden, potem wyrzucił kartkę, poszedł, wydrukował kolejną… Wszystko odbywało się w takim chaosie, jakby sami nie wiedzieli, co ze mną zrobić. W skrócie: trzeba było mnie za coś przetrzymać chociaż trzy doby. A w Republice Białorusi obowiązuje zasada, że na podstawie samego „podejrzenia” organów można człowieka zatrzymać na 72 godziny.
Tak po prostu?
Tak. Tak po prostu. I właśnie tak to zostało rozegrane. Wtedy wezwano mi adwokatkę. Z urzędu. I paradoksalnie jestem jej wdzięczna, bo udało jej się choć w minimalnym stopniu przekazać moim rodzicom informacje: że bardzo martwię się o dzieci, że płaczę, że jestem w złym stanie psychicznym. Śledczy widział, że nie idę na współpracę, że nie odpowiadam na pytania. I wtedy zaczął poruszać temat dzieci. Mówił, że dzieci trafią do domu dziecka, że jestem wrogiem narodu, że moje dzieci też są wrogami narodu. Groził, że zrobią wszystko, aby moje dzieci „poczuły, co to znaczy być wrogiem narodu”. Opowiadał, jak potem zostaną adoptowane przez obcych ludzi, a mnie nikt nie poinformuje, do kogo trafią. Jak będą nad nimi znęcać się inne dzieci, czym będą je karmić, że będzie gorzej niż z psami. Siedziałam i tego wszystkiego słuchałam. Był jeszcze jeden szczególnie szokujący moment: mówił, że w domach dziecka praktykuje się bicie dzieci po rękach pałką, jeśli są nieposłuszne. I że to wszystko czeka również moje dzieci. To są rzeczy, które każdą matkę mogą złamać.
Nie udało mu się?
W tamtym momencie byłam niesamowicie pewna moich rodziców. Wiedziałam, że nie pozwolą skrzywdzić dzieci. Poza tym już wcześniej wiedzieliśmy, do czego zdolne są służby. Podczas kampanii wyborczej mieliśmy z nimi do czynienia, wiedzieliśmy, jak na przykład zatrzymali nasze listy podpisów z poparciem dla Cichanouskiej razem z samochodami. Dlatego nie zgodziłam się na nagranie wideo, choć mi to proponowano. Mówili: podpiszcie umowę przedprocesową, opowiedzcie wszystko, co wiecie, a nawet trochę podkoloryzujcie, żeby kogoś obciążyć. Przecież Cichanouski, mąż Swiatłany, już siedzi, a Cichanouska jest za granicą. Dla mnie to było dzikie i obrzydliwe. Bo nawet jeśli ktoś się na to zgodzi, to jak potem z tym żyć?
Mówili, że Swiatłana Cichanouska was zostawiła, sprzedała?
Tak, dokładnie tak. Co więcej, uprzedzając trochę wydarzenia: kazano mi napisać podanie o ułaskawienie. Zmuszono mnie do tego, chociaż i tak nie miałam wyjść na wolność. I kazano mi wpisać zdanie, że Swiatłana Cichanouska uważa naród Republiki Białorusi za „mięso”. Dla nich było kluczowe, żeby członek jej zespołu użył takich słów. Skoro członek zespołu tak twierdzi, znaczy, że to prawda. A przecież w rzeczywistości Swieta jest niezwykle empatycznym, dobrym człowiekiem, który naprawdę przejmuje się losem narodu białoruskiego, wielu prezydentom bardzo daleko do takiej postawy.
Co było później, po tych nieudanych próbach namówienia pani do zdrady własnego środowiska?
Sprawa karna, 11 miesięcy w areszcie na Waładarskiego, potem dwa miesiące w Homlu, a następnie kolonia karna K-4 w Homlu. I ciekawa rzecz: kiedy już znasz ten system od środka, zauważasz różnice między jego elementami. Kiedy przewieziono nas z Waładarskiego do homelskiego aresztu śledczego, strażnicy ciągle krzyczeli: „Tutaj to nie Waładarskiego!”. I wtedy zrozumieliśmy, że między poszczególnymi aresztami panuje rywalizacja i nieufność. To dokładnie tak samo jak w strukturach KGB czy MSW – kto zrobi „grubsze” śledztwo, kto weźmie „mocniejszą” sprawę. Tam też trwa ciągłe współzawodnictwo. To samo dzieje się w koloniach karnych. Tam też wszyscy na siebie donoszą. Tak wygląda system: jest w gruncie rzeczy wszędzie taki sam, tylko gdzieś działa ostrzej, a gdzieś trochę łagodniej.
Jakie były warunki na Waładarskiego?
Szczerze mówiąc, gdy tam trafiłam, obowiązywały dość absurdalne zasady. Nie wolno nam było siedzieć na górnym poziomie piętrowego łóżka, można było tylko na dolnym albo na ławce, nie wolno było spać w ciągu dnia. Z czasem zaczęło przyjeżdżać coraz więcej więźniów politycznych, potem pojawili się także zwykli przestępcy i reżim na Waładarskiego po prostu się załamał. Wtedy strażnicy mówili już wprost: „Słuchajcie, będzie kontrola, nie przesadzajcie, włączcie telewizor i połóżcie się, udawajcie, że oglądacie”. Tak to wyglądało. Wielu funkcjonariuszy, którzy tam wtedy pracowali, dziś już tam nie pracuje – jedni poszli do innych wydziałów, inni całkowicie zmienili branżę. Nie mogę powiedzieć nic jednoznacznie złego o Waładarskiego.
Oczywiście były pewne momenty, na przykład jeden z funkcjonariuszy operacyjnych próbował mnie namówić na spotkanie z „bardzo ważnymi ludźmi”, bo nie bardzo wiedzieli, kim jestem. W dokumentach nigdzie nie figurowałam, ale mieli jakieś informacje, że byłam w sztabie, że uczestniczyłam w kampanii wyborczej. Ja jednak konsekwentnie powtarzałam: „Tak, byłam wolontariuszką”. O tym, że miałam bliski kontakt ze Swiatłaną Cichanouską, oni nie wiedzieli – i ja to zdecydowanie negowałam. Nie mogli mnie zaszufladkować, nie wiedzieli, kim jestem i jaką rolę odgrywałam. Pamiętam, że mój adwokat ciągle mówił: „Tonia, ty jesteś szarą eminencją”.
Później próbowali jeszcze innego manewru: zaproponowali mi widzenie z mężem, który w tamtym czasie też był już zatrzymany. Mówili, że to on był inicjatorem i że możemy się spotkać. Odpowiedziałam: „Skoro on był inicjatorem, to niech sam ze sobą się spotyka”. Powiedziałam wprost: „Ja nic nie wiem, nic mu nie mam do powiedzenia. Jestem zwykłą wolontariuszką”. I wtedy dali mi spokój, bez gróźb, bez dalszej presji. Jeśli chodzi o areszt śledczy, to oczywiście jest ciężko. Trudno jest przebywać w czterech ścianach, trudno znosić rygor – pobudka o szóstej, cisza nocna o dziesiątej. Trudno żyć od listu do listu, od paczki do paczki. Pamiętam, że cieszyłyśmy się z każdej paczki, którą ktoś przynosił. I nie chodziło nawet o jedzenie. Chodziło o to, że jeśli ktoś przyniósł paczkę, to znaczyło, że z tą osobą wszystko w porządku. Najważniejsze było zobaczyć nazwisko na dokumencie. To była wiadomość: „żyję, jestem, wszystko jest w miarę okej”. Każdy miał swoje znaki, swój kod. Ktoś rysował uśmiechnięte buźki, ktoś przekazywał drobne sygnały. Marfa Rabkowa i jej mąż w ten sposób prowadzili swoją korespondencję. Przez symbole, przez drobne znaki rozpoznawcze. On wysyłał jej rysunek buźki – jeśli narysował smutną minę, to znaczyło, że jest źle. Jeśli gdzieś był narysowany wesoły uśmiech, to znaczyło, że wszystko w porządku. Najczęściej rysował je na opakowaniach po piernikach albo na drobnych kartkach.
Ile osób znajdowało się w jednej celi? Były przeludnione?
Nie, na Waładarskiego nie było tak jak w Żodzinie. To właśnie w Żodzinie cele były zawsze przepełnione i mam wrażenie, że była to forma dodatkowej kary. U nas krążyły plotki, że z powodu ogromnej liczby więźniów politycznych mogą zacząć „upychać” więcej osób w celach, ale w praktyce tak się nie stało. Mieliśmy celę na osiem osób. Gdy trafiłam tam w 2020 roku, byłam jedyną polityczną. Pamiętam, że bardzo się bałam wejścia do tej celi, bo wcześniej naoglądałam się rosyjskich filmów i seriali więziennych. Wydawało mi się, że trafię na jakąś „twardą” kobietę, która będzie bić albo zmuszać do czegoś. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Większość dziewczyn siedziała z artykułu 328, czyli za posiadanie narkotyków. Nie mogę powiedzieć, że przyjęły mnie od razu ciepło. Mogę jednak zrozumieć ich zachowanie. Gdy siedzisz półtora roku i masz dostęp tylko do państwowej telewizji, to bardzo trudno jest zachować zdrowy osąd sytuacji.
One też były pod wpływem propagandy?
Pierwsze, co od nich usłyszałam, to: „przez was nie mamy rozpraw sądowych”. One czekały bardzo długo na swoje procesy, a wszystkie sądy były zajęte nami, politycznymi. To był właściwie jedyny zarzut, jaki wtedy padł. Nie było jednak jakiejś otwartej, agresywnej nienawiści. Potrzebowałam mniej więcej półtora miesiąca, żeby je przekonać, pokazać im, że nie robimy nic złego i że to, co się naprawdę dzieje w Białorusi, wygląda zupełnie inaczej niż w telewizji. Tłumaczyłam im, że matki osób oskarżanych z artykułu 328, które bardzo walczą o swoje dzieci, w rzeczywistości walczą też wspólnie razem z nami z władzą. Że to jest walka nie tylko o więźniów politycznych, lecz także o nie. I kiedy później wyjeżdżały już do kolonii, żegnały się ze mną ze słowami „dziękuję”. Mówiłam im wtedy: „Teraz już potraficie czytać wiadomości między wierszami i rozumiecie, jaka jest atmosfera. Nie wierzcie w to wszystko dosłownie – tak, jak mówią, nigdy nie będzie”.
A czy ze strony funkcjonariuszy była jakaś przemoc, złe traktowanie?
Nie. Ani na Waładarskiego, ani w Homlu niczego takiego nie doświadczyłam. W Homlu zdarzało się bardziej szorstkie, surowe podejście, bo tamtejsi funkcjonariusze uważali, że Waładarskiego to „sanatorium”, a u nich jest „prawdziwy reżim”, więc próbowali go wszelkimi sposobami zaostrzać. Ale nie było przemocy. Strażnicy raczej próbowali jakoś współpracować, dogadywać się, oczywiście w granicach tego, na co system im pozwalał. Trzeba jednak rozumieć, że opieka medyczna praktycznie nie istnieje. Nie z ich winy, tylko dlatego, że system jest źle zbudowany. Felczerzy robili wszystko, co było w ich mocy. Wiem, że jeden z felczerów na Waładarskiego popełnił samobójstwo. Był naprawdę dobrym człowiekiem, bardzo się starał pomagać, szukał zamienników leków, nawet wtedy, gdy ich formalnie nie było. Jeśli traktowało się ludzi po ludzku, oni również traktowali innych po ludzku. Jeśli – nazwijmy to wprost – ktoś „pyskował”, czyli przekraczał pewną granicę, próbował się kłócić z funkcjonariuszami, to wtedy tak – oni odpowiadali agresją.
Co było po areszcie na Waładarskiego?
Zawieźli mnie do Homla. Mnie przewieźli najpierw do homelskiego SIZO, czyli aresztu śledczego. Stało się to dwa dni przed rozpatrzeniem mojej apelacji. Sądził mnie Miński Sąd Miejski, więc jedyną instancją, która mi pozostała, był Sąd Najwyższy. I właśnie przed samym posiedzeniem mnie tam wysłali.
Dlaczego tak zrobili?
W tamtym czasie nie robiono tego bez powodu. Jeśli przewożą cię dwa dni przed rozprawą, to już wiesz, że nic się nie zmieni i że Sąd Najwyższy cię nie uniewinni. W Białorusi wymiar sprawiedliwości nie działa tak jak w Polsce, gdzie, jeśli sąd się myli, sprawa może zostać cofnięta do ponownego rozpatrzenia. U nas takiego mechanizmu nie ma. Instancja wyższa nigdy nie przyzna, że instancja niższa popełniła błąd. Nigdy. Albo zapadnie taka sama decyzja, albo wyrok będzie jeszcze surowszy. Bywały przypadki, że Sąd Najwyższy czy sądy obwodowe dokładały kolejne lata. To się zdarza i jest praktykowane.
Jaki ostatecznie zapadł wyrok w pani sprawie?
Pięć i pół roku. Wyrok dostałam m.in. za rzekomy związek z kanałem telegramowym „Armia z narodem”. Mój mąż był administratorem tego kanału i uznano, że żona „na pewno wiedziała”. Do tego doszły zeznania innych osób, składane pod presją, oraz narracja, że występowałam pod nickiem „córka pułku”. To rzeczywiście był jeden z elementów tej farsy. Na tej podstawie oraz na „dowodach”, że do kanału został wprowadzony funkcjonariusz KGB, zbudowano całą bazę dowodową mojego oskarżenia. Choć nie miałam z tym kanałem absolutnie nic wspólnego. W żadnym z moich telefonów nie znaleziono tego kanału. Mój nowy adwokat, zorganizowany przez środowisko obrońców praw człowieka, przygotował bezbłędną linię obrony – wykazał, że ten nick do dziś istnieje, że ktoś nadal pisze w jego imieniu. To nic nie dało. Powiedziano po prostu, że wszystko można podmienić, wszystko można sfabrykować.
Dodatkowa, osobna sprawa została sklecona z oskarżeń o udział w legalnych pikietach kampanii wyborczej, z dokumentów różnych administracji miejskich, z legalnych ulotek, a nawet dołączono identyfikator ze sztabu Swiatłany Cichanouskiej.
Pięć i pół roku… to bardzo dużo.
Tak. W 2021 roku był to jeden z najwyższych wyroków dla kobiet. Z sali sądowej pamiętam przede wszystkim poczucie niesprawiedliwości i niezrozumienia. Kiedy prokurator ogłosił swój wniosek, już wiedziałam, że dostanę właśnie tyle, byleby sędzia nie dał więcej. Walka toczyła się już tylko o to. Na etapie zapoznawania się z aktami brakowało funkcjonariuszy, więc przysyłano młodych pracowników z obwodu brzeskiego czy mohylewskiego, żeby po prostu siedzieli i pilnowali, jak czytamy materiały.
Wszyscy mi mówili: „Dostaniesz trzy lata, może nawet wyjdziesz do domu, bo masz małe dziecko”. A ja dostałam pięć i pół roku i jeszcze w uzasadnieniu napisano, że okolicznością łagodzącą jest małe dziecko. Tak… to było dziwne i bardzo ciężkie doświadczenie, bo człowiek nie rozumie, za co właściwie go skazano. Pamiętam, że podczas ostatniego słowa zwróciłam się do swojego adwokata i powiedziałam mu, że nie jestem w stanie nic powiedzieć. Po prostu nie mogłam. Łzy same leciały, a jednocześnie rozumiałam, że muszę jakoś zareagować – bo czekali na to moi rodzice, przyjaciele, bo to miały być moje ostatnie słowa. Więc przez łzy jednak je wypowiedziałam. A kiedy już jechałam z powrotem na Waładarskiego, wiedziałam jedno: nie wolno mi już płakać, nie mogę pokazywać słabości. Musiałam się uspokoić. Trzeba oddać funkcjonariuszom jedno: wobec osób, które już mają wyrok, zwykle nie stosują przemocy. Kiedy mnie przywieźli i próbowali przetrzymać ponad godzinę, zaczęłam się awanturować. I to ostro. Najpierw trafia się do „odstojnika” – takiego miejsca przejściowego w areszcie, a dopiero potem prowadzą do właściwej celi. Kiedy po ogłoszeniu wyroku położyłam się na pryczy i otworzyło się to małe okienko w drzwiach – „karmuszka” – powiedziałam tylko: „Mam wyrok”. Usłyszałam: „Dobra, dobra”. Pamiętam, że wieczorem komunikowaliśmy się przez wewnętrzny system porozumiewania się przez okna. Nad moją celą siedział Uładzimir Cyhanowicz – znany bloger, był tam też mój przyjaciel i jeszcze jeden chłopak z Brześcia, któremu wcześniej dali 10 lat za „masowe zamieszki”. On siedział z art. 293 i dodatkowo z art. 139 – oskarżono go o zabójstwo kolegi, choć na nagraniach widać, że to funkcjonariusz zastrzelił jego przyjaciela[4].
Uładzimir zapytał mnie wtedy, ile dostałam. Gdy powiedziałam, odpowiedział: „Nie bój się, damy radę. Nie będziemy tu siedzieć tak długo”.
A potem był dalej areszt w Mińsku i dalej?
Tak. Po tym, jak mija określony czas po apelacji, to bywa od półtora do trzech miesięcy, następuje etapowanie (transport) do kolonii karnej. Mnie przewieźli do kobiecej kolonii karnej nr 4 w Homlu. W Białorusi są tylko dwie kolonie dla kobiet. Jedna – dla skazanych pierwszy raz, słynna „Antoszkina” w Homlu, a druga znajduje się w Rzeczycy, dla recydywistek, tam już reżim jest dużo cięższy. Tak naprawdę nie było żadnego wyboru, dokąd mnie wyślą. Jasne było, że nie trafię do Rzeczycy, bo to był pierwszy wyrok, więc jedyną opcją był Homel. Sam transport był bardzo ciężki, bo jechaliśmy latem – to był chyba 26 lipca 2021 roku.
Jak wygląda taki „etap”, czyli transport więźnia?
Najpierw etap do homelskiego SIZO. Transport odbywał się tzw. wagonem stołypinowskim, który oficjalnie nazywa się „Poczta” i z zewnątrz wygląda jak wagon pocztowy. Co ciekawe, ta nazwa funkcjonuje od 1937 roku, bo oznaczenie go jako „Poczta” wymyślono w czasach stalinowskich. O samych wagonach stołypinowskich oczywiście wiedziałam, ale nie wiedziałam, że właśnie tak są oznaczane. Teraz już każdy Białorusin, który jeździ koleją, wie: jeśli na końcu składu jest wagon z napisem „Poczta”, to znaczy, że przewożą więźniów. To bardzo specyficzny wagon. Z zewnątrz wygląda jak zwykły wagon z przedziałami, ale w środku zamiast drzwi są kraty, a zamiast konduktora – konwojent. W tym wagonie wolno było palić, ale najbardziej absurdalne było to, że wszystkie okna były szczelnie zamknięte. Nie było czym oddychać, a do tego jeszcze dym papierosowy. Sama palę, ale wtedy nie paliłam w ogóle, bo było to po prostu niemożliwe. Teoretycznie w wagonie był wrzątek, ale nam go nie dawali. Tak samo nie pozwalano korzystać z toalety. W jednym przedziale, przeznaczonym dla czterech osób, jechało 18 ludzi, plus bagaże. A bagaże to były prawdziwe toboły – po 15, 20, nawet 30 kilogramów. Polityczni jechali, mówiąc wprost, mocno „zaopatrzeni”. Ja sama miałam cztery takie torby, ktoś inny też cztery, ktoś dwie.
Ze mną jechały już wtedy dwie dziewczyny, więźniarki polityczne z Brześcia, które też zostały już skazane. Nie dało się spać. Jeśli ktoś miał szczęście i mógł usiąść w miarę normalnie, to jeszcze pół biedy. Ja natomiast stałam praktycznie na jednej nodze – tylko tyle miejsca było. Wyjechaliśmy z Waładarki chyba w 12 osób, ale ten wagon zatrzymuje się w każdym mieście na terenie Białorusi. Dlatego nazywa się go „koleją stołypinowską dookoła świata” – objeżdża cały kraj, zbierając kolejnych ludzi. Kiedy się zatrzymywał, dosadzali kolejnych. Pamiętam, że kiedy zatrzymaliśmy się w Mohylewie, pomyśleliśmy: „Boże, tylko niech już nikogo nie dołożą”. Ale oczywiście dołożyli. Po prostu otwierają kratę i wpychają ludzi do środka. Nie ma znaczenia, czy na kogoś wpadniesz, czy masz gdzie usiąść. To nikogo nie obchodzi.
Czy podróż trwa długo?
Kilkanaście godzin, dobę, czasem dłużej. Pociąg niemiłosiernie się wlecze. Niektórzy mężczyźni jechali w kajdankach. I muszę powiedzieć jedno: funkcjonariusze z mężczyznami obchodzą się znacznie brutalniej. Kobiet tak nie traktują. Nam, co prawda, nikt nie pomagał z tymi torbami po wysiadce na peronie. Każda niosła swoje bagaże sama. Ręce z tyłu, do tego ciężkie bagaże, więc to i tak było bardzo trudne. Mężczyzn prowadzono znacznie gorzej: z psami, w kuckach, z rękami skutymi kajdankami z tyłu, a jednocześnie kazano im nieść torby. Do dziś nie potrafię sobie wyobrazić, jak oni dawali radę. Oczywiście pomagali sobie nawzajem, jakoś się przepychali, przenosili, ale i tak to było potwornie ciężkie. Do tego twarzą w dół, w pozycji absolutnego upokorzenia – stan, którego nie da się opisać słowami.
Kiedy z Homla wieziono nas już bezpośrednio do kolonii, trafiliśmy akurat na porę obiadową, to był 21 sierpnia 2021 roku. Wtedy wieźli nas więźniarką: 14 osób upchnięto do małego przedziału, który normalnie mieści maksymalnie pięć osób, a dwie kolejne wrzucono do jeszcze mniejszego, osobnego pomieszczenia. I to był moment, kiedy po raz pierwszy naprawdę się przeraziłam, bo zobaczyłam na własne oczy, jak ludzie mogą tracić przytomność z braku tlenu. To było naprawdę straszne. Kiedy ktoś zaczynał tracić przytomność, prosiliśmy, żeby otworzyli drzwi, ale nikt ich nie otworzył. Samochód był metalowy, stał na słońcu, nagrzewał się jak piekarnik, a my przez 40 minut, kiedy administracja kolonii jadła obiad, byliśmy dosłownie w piekle. Bałam się wtedy, że jedna z dziewczyn po prostu umrze. Próbowaliśmy ją ocucić wodą, robiliśmy wszystko, co się dało.
Potem dopiero nas wyprowadzono. Wychodzisz z torbami, podajesz swoje dane, kim jesteś, z jakiego artykułu i prowadzą cię już na teren kolonii, na punkt kontrolny, gdzie przebierają cię w ich ubrania. Do dziś pamiętam to różowe „sukienkopodobne coś” w listki. Zdejmują twoje ubrania i dają ci tę szmatę. To nawet nie jest sukienka, to po prostu worek z materiału. W jednej chwili zabija się w tobie wszystko, co kobiece. Masz rozmiar 46? Mogą ci dać 64 i masz nosić, nie ma dyskusji.
Czy była jakaś oznaka, jak u mężczyzn, np. żółta plakietka dla politycznych?
Tak. Wszyscy polityczni mają żółtą plakietkę, tzw. żółtą birkę. Ale nie tylko polityczni, są też inne formy tzw. profilaktycznego nadzoru. Czerwona jest np. za skłonność do ucieczki. Żółta to „skłonność do ekstremistycznej i destrukcyjnej działalności”. Taki sam kolor mają też osoby z tendencjami samobójczymi. Gdy przyjechałam, polityczne byłyśmy tylko dwie. Ja i jeszcze jedna dziewczyna. Kiedy mnie wypuszczano, w każdym oddziale było już po 14–16 więźniarek politycznych. A to był rok 2024 – trzeba pamiętać, że wiele osób już wtedy wyszło, bo miały krótsze wyroki. Mimo to politycznych wciąż przybywało.
A ile osób było w jednym oddziale?
Średnio od 70 do 100 kobiet. Jedna wielka masa ludzi.
Jakie były warunki? Była praca?
Oczywiście. Praca była obowiązkowa. Jeśli odmawiasz pracy, od razu trafiasz do karceru. Bez żadnej komisji, bez rozmów. Warunki zależały od stanu budynku. Jeśli był w miarę nowy, to było w miarę znośne… Jeśli budynek był stary, warunki oczywiście były znacznie gorsze. To były już oddziały z naprawdę trudnymi warunkami. „Specyfiką” tych oddziałów było to, że często wysyłano tam ludzi za karę, bo panowało tam potworne zimno. Był to trzypiętrowy, ceglany budynek, dość duży. Jeśli na przykład 7. oddział znajdował się mniej więcej w środku budynku, to dało się jeszcze jakoś funkcjonować. Ale 13. oddział, który był pod samym dachem, miał już znacznie gorzej. Ciągnęło tam zimnem z każdej strony, było lodowato.
Mój rejon nazywałyśmy „Bombaj”, bo były tam trzy oddziały i łącznie przebywało tam około czterystu osób, czasem nawet więcej. Jeśli chodzi o baraki, w których przebywała Maryja Kalesnikawa albo Marfa Rabkowa, to tam zamiast normalnych toalet z muszlami, do których jesteśmy przyzwyczajeni, były tak zwane toalety-dziury. Nie było zwykłego prysznica. Była tylko łaźnia raz w tygodniu. A jeśli chciałaś się podmyć albo umyć, to albo zwykła butelka, albo mycie się „po kawałku”. Głowę myło się w umywalce – tak to wyglądało. U nas w oddziale na przykład był prysznic, i to nie jeden, tylko dwa, ale korzystanie z nich było zabronione. Zgodnie z regulaminem: łaźnia raz w tygodniu, a drugi dzień w tygodniu przeznaczony był wyłącznie na mycie głowy. Jeśli chciałaś się podmyć – w toalecie były małe słuchawki prysznicowe. Jeśli chciałaś umyć górną część ciała – umywalka. Ale pod prysznic nie było wolno wejść. Oczywiście istniała opcja „na własne ryzyko”: można było pójść pod prysznic, z którego zwykłe osadzone korzystały bez problemu. Ale jeśli byłaś polityczną i ktoś chciał cię „sprzedać”, to zrobił to bez wahania i wtedy natrysk bardzo szybko przestawał się kojarzyć z ulgą, a zaczynał raczej z karą, po której nie chciało się już tam wracać.
Czy były takie przypadki?
Tak, były. Zdarzało się, że dziewczyny trafiały na komisję dyscyplinarną tylko za umycie głowy w „niewłaściwy dzień”. Odbierano im paczki, widzenia, przywileje – wszystko.
A pani była w SZIZO, czyli w karcerze?
Nie, mnie to ominęło. Nigdy tam nie trafiłam, ale słyszałam bardzo dużo na ten temat. Znałam różne „patenty”, które dziewczyny stosowały, żeby nie zamarznąć albo jakoś przetrwać. Do karceru wysyłano nie tylko te, które odmawiały pracy. Trafiało się tam także za czerwoną pomadkę, bo uznawano ją za symbol solidarności z Maryją Kalesnikawą. W pewnym momencie przestano też wozić polityczne do sklepiku kolonijnego. Można było trafić do SZIZO również dlatego, że „przyszedł sygnał z organów” – z KGB albo z GUBOPiK-u[5].
Jeśli nie przyznawałaś się do winy, myślałaś inaczej niż oni i mówiłaś to głośno – to wystarczało. Powód mógł być absolutnie dowolny. Na przykład jedna z osadzonych została wysłana do karceru za rozpięty guzik. Uznano to za „niechlujny wygląd”. W rzeczywistości po prostu otwarcie wyrażała swoje zdanie, nie zgadzała się z administracją i odmawiała „współpracy” – i za to ją ukarano.
Jakie były warunki w SZIZO, z tego co opowiadały inne osadzone?
Mówiono, że było strasznie zimno, szczególnie zimą i jesienią, a wiosną dodatkowo dochodziła wilgoć. W 2024 roku „z łaski” zamontowano tam małe okna PCV, rzekomo, żeby ocieplić pomieszczenia. Wiele dziewczyn opowiadało, że dostawały ubrania, ale były to inne modele niż w kolonii. Jednej kobiecie dano ubranie o kilka rozmiarów za małe. Kiedy przyszła kontrola, a w izolatce zgodnie z procedurą na kontrolę przychodzą naczelnik kolonii i jego zastępca, ta kobieta stała przed nimi naga. I jeszcze próbowano jej dopisać kolejne przewinienie, że „nie siedzi zgodnie z regulaminem”. Ona mówi: „Jakim cudem mam to na siebie założyć? Ja mam rozmiar 60, a wy daliście mi ubranie w rozmiarze 42. Jak ja mam to w ogóle naciągnąć?”.
I dopiero wtedy kontrolerzy dostali po głowie, że do tego dopuścili. Ale mimo to musiała spędzić całą dobę w zimnie, naga, próbując jakoś przetrwać. Dziewczyny opowiadały sobie różne „patenty na przeżycie”. Na przykład, że koniecznie trzeba mieć ze sobą papier toaletowy i owijać się nim pod ubraniem. Tak, to trochę pomaga, ale i tak w nocy budzisz się z zimna, czujesz, że ciało się rozpada.
A relacje z innymi osadzonymi, tymi „kryminalnymi”, według zwykłych więziennych zasad – jakie były?
Jeśli chodzi o mnie, miałam bardzo dobre relacje ze wszystkimi. Nie wiem, dlaczego, ale przez cały okres odsiadki ludzie do mnie lgnęli, zarówno polityczne, jak i zwykłe osadzone.
Usłyszałam od prostytutek i narkomanek mnóstwo niesamowitych historii o samym systemie. Wtedy zaczynasz rozumieć, że ten system od dziesięcioleci działa tak samo: sprawy są sklejane z niczego, byle jak, byle zamknąć człowieka. I to dotyczy nie tylko polityki, ale też spraw gospodarczych, kryminalnych – wszystkiego. Inne dziewczyny skazane z politycznych paragrafów opowiadały, że ktoś je wyzywał od zdrajczyń, które najlepiej byłoby zabić. Osobiście się z tym nie spotkałam ani razu przez cały mój wyrok. Wręcz przeciwnie – słyszałam żartobliwe komentarze w stylu: „To są ci ekstremiści, co nawet dziecku cukierka nie potrafią zabrać?”. Gdy jednak władze zaczęły nas oficjalnie uznawać za terrorystów, to był dla nas kompletny szok. Pamiętam moment, gdy dowiedziałam się, że zostałam wpisana na listę terrorystów. Płakałam. Po prostu wyobraziłam sobie, że stawiają mnie w jednym rzędzie z ludźmi, którzy dokonywali okrutnych zamachów. Wtedy zadajesz sobie tylko jedno pytanie: za co?
Maryję Kalesnikawą, byłą kandydatkę w wyborach prezydenckich, osadzono w tej samej kolonii karnej. Miałyście jakiś kontakt?
Maryja Kalesnikawa przez pewien okres była bardzo izolowana, ale my z góry wiedziałyśmy, do którego oddziału trafi, ponieważ krótko przed jej przyjazdem wszystkich więźniów politycznych z 18. oddziału zaczęto przenosić do innych oddziałów. W tamtym oddziale nie zostawili ani jednej politycznej. Dlatego od razu było jasne, że Maryja trafi właśnie tam i że będzie tam do końca wyroku. Jedynym wyjątkiem było to, że na około 20 miesięcy trafiła do PKT. Nawet wtedy, gdy była w PKT, i tak miałyśmy informacje, bo oprócz więźniarek politycznych były tam także zwykłe osadzone, które trafiały do izolatki, i one przekazywały wiadomości dalej. Informacja krążyła. Nasze sektory były naprzeciwko siebie, więc mogłyśmy się uśmiechnąć, ale nie wolno nam było rozmawiać ani się kontaktować. Z Maryją Kalesnikawą rozmowy były zakazane. Mogły z nią rozmawiać tylko zwykłe osadzone, ale my nie. Z tego, co wiem, w ostatnim roku, tuż przed jej obecnym zwolnieniem, zaczęto wprowadzać pewne „ulgi”, prawdopodobnie po to, żeby wyszła i powiedziała, że „wszystko było w porządku”.
I faktycznie coś takiego powiedziała, kiedy wyszła na wolność…
Patrząc na tę konferencję prasową Maryi Kalesnikawej, mogę powiedzieć, że wszyscy byli więźniowie polityczni byli w szoku, bo odnosi się wrażenie, jakbyśmy siedziały w zupełnie różnych koloniach. I myślę, że to, co ona opowiada o odbywaniu kary, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, z tym, jak ją traktowano. Ona powiedziała, że w kolonii siedziała tak samo jak wszyscy inni. Jedyna rzecz, za którą, być może, można „podziękować” kolonii w jej przypadku, to to, że ją uratowali. Bo miała poważne problemy zdrowotne, o których wszyscy wiedzieliśmy, i w porę wywieźli ją do miasta na leczenie. Mogli tego nie zrobić. Mogli pozwolić jej umrzeć. Za to, być może, można powiedzieć „dziękuję”. Ale dziękować za wszystko, mówić, że „prezydent był wspaniałomyślny” – nie. Nie można mówić: „dziękuję za to, że nielegalnie wsadził do więzienia”, albo „dziękuję za to, że potem niby ułaskawił”. To brzmi absurdalnie.
Jak wyglądały relacje z pracownikami kolonii? To były kobiety czy mężczyźni?
Gdy jechałam do kolonii, byłam przekonana, że tam pracują wyłącznie kobiety. Nic bardziej mylnego. Większość personelu to mężczyźni. Kobiety to głównie wychowawczynie, naczelniczki oddziałów.
Operacyjni – zawsze mężczyźni. W fabryce, gdzie pracujesz, również jest ogromna liczba mężczyzn. Czyli nawet w kobiecej kolonii praktycznie cały system kontroli i represji jest w męskich rękach. W ogóle w kolonii jest dużo mężczyzn. Kiedy przyjechałam, zastałam jeszcze jednego z funkcjonariuszy operacyjnych, nazywał się Gasumow. Był znany z wyjątkowego okrucieństwa wobec osadzonych, przede wszystkim z przemocy fizycznej. Dosłownie dwa tygodnie po moim przyjeździe został przeniesiony – awansował i poszedł do Departamentu Wykonania Kar. Dziewczyny, które siedziały już bardzo długo, opowiadały, że wielokrotnie bił osadzone. Był naprawdę brutalny.
Jeśli chodzi o mnie, to nie spotkała mnie przemoc fizyczna, ale ciągła presja psychiczna. Najbardziej zapamiętałam Czarnego i Kuzniecowa. Trzeba rozumieć, że młodzi operacyjni przychodzą najpierw jako kadeci. My ich wszystkich widzimy, szczególnie tych najbardziej zagubionych. I widzisz: przychodzi mały, chudy chłopak, jeszcze prawie dzieciak, ledwo zaczynają mu rosnąć wąsy. A potem, po paru latach, wraca jako ktoś zupełnie inny – twardy, agresywny, bo tak go nauczono. To też jest forma okrucieństwa systemu. W 2022 roku przez jakieś sześć miesięcy miałam względny spokój w kolonii. A potem zaczęła się presja. Zostałam przeniesiona do tzw. oddziału presyjnego. Trafiłam tam, ponieważ nie przyznałam się do winy. W tamtym czasie przyszło z góry jasne polecenie: wszelkimi metodami wymuszać przyznanie się do winy, żeby więźniowie polityczni pisali prośby o ułaskawienie do prezydenta.
Czym dokładnie jest oddział presyjny?
Oddział presyjny, tzw. press chata, to miejsce, w którym „łamie się” człowieka i wymusza przyznanie do winy. To miejsce, gdzie dzieją się rzeczy pozornie „niewinne”, ale psychicznie straszne. W kobiecej kolonii różni się ono jednak od tych w męskich więzieniach.
Na przykład: nikt z tobą nie rozmawia. Jesteś wśród ludzi, ale jesteś całkowicie ignorowana. W oddziale jest 80 osób, a nikt nie odezwie się do ciebie ani słowem. Albo masz ogromną liczbę dyżurów pracy, sprzątania itp. Jesteś wykorzystywana wszędzie. Normalnie osadzona ma np. 23 dyżury w miesiącu, a ty masz 53. Jeśli wychowawcy albo operacyjnemu nie spodoba się, jak umyłaś korytarz czy toaletę, to będziesz sprzątać w kółko, aż „będzie dobrze”. Chodzisz na obieranie ziemniaków, na prace inwentaryzacyjne, na wszystkie możliwe roboty. Masz dwa–trzy razy więcej pracy niż inni. I jednocześnie – cisza wokół ciebie. Dodatkowo, w przerwach między tym wszystkim, próbowano mnie regularnie zabierać do sztabu, żeby funkcjonariusz operacyjny prowadził ze mną „rozmowy wychowawcze”. Za każdym razem były to groźby pod adresem moich bliskich.
Potem zaczęli niszczyć moje rzeczy osobiste, które przychodziły do mnie z domu. Trzeba rozumieć, że odzież obozowa jest taka, że bez własnych rzeczy nie da się przeżyć. Buty są praktycznie kartonowe. Watowana kurtka – miałam potem bardzo charakterystyczne doświadczenie już po wyjściu na wolność. W domu miałam beżową puchówkę, prawdziwą, na pierzu. I po kolonii złapałam się na tym, że przy minus trzech stopniach założyłam: ciepły sweter, pod niego koszulkę, a pod dżinsy jeszcze jakieś spodnie. Wychodzę na ulicę i nagle rozumiem, że jest mi za gorąco, że nie da się tak chodzić. A to dlatego, że w kolonii przyzwyczaiłam się do zakładania na siebie wszystkiego, bo ta niebieska watowana kurtka w ogóle nie grzeje. W środku jest watolina – to taki materiał z odpadów. Tak wygląda ta odzież. Dlatego też, jak ktoś ci niszczy rzeczy przysyłane z wolności, to jest to dramat.
Jak często odbywały się te rozmowy wychowawcze?
Z funkcjonariuszami KGB i GUBOPiK-u zaczęłam mieć kontakt dopiero wtedy, gdy zaczęli przyjeżdżać wymuszać prośby o „ułaskawienia”. Wtedy z nimi rozmawiałam. Przez cały wcześniejszy czas kontaktowałam się wyłącznie z funkcjonariuszami operacyjnymi samej kolonii albo z administracją zakładu. I przyznam, że byłam wtedy naiwna. Zaczęli mi na przykład wlewać wodę do moich zimowych butów przysłanych z domu i zimą musiałam chodzić w mokrych butach. Albo pourywali mi wszystkie naszywki, porozcinali szlufki w kurtce, przez co chodziłam rozpięta. A to wszystko jest naruszeniem regulaminu. Naruszenie to raport. Raport to komisja dyscyplinarna. A komisja to odebranie paczek, odebranie widzeń albo karcer.
Pamiętam, że poszłam do naczelnika kolonii. Naiwnie wierzyłam, że on nic nie wie i nic nie widzi, że nie ma pojęcia, jaka presja jest na mnie wywierana, że pozwoli mi po prostu odsiedzieć spokojnie wyrok. Mówię mu: „Stoję w mokrych butach”. A on odpowiada: „Nic strasznego, ja też dziś chodziłem po kałużach”. I wtedy zrozumiałam, że on wszystko wie. Że to wszystko dzieje się za jego wiedzą i zgodą. A kiedy zaczęli już wprost wymuszać na mnie przyznanie się do winy, wtedy stało się dla mnie jasne, że to jest na zlecenie GUBOPiK-u i nie mogło być inaczej. Członek sztabu Cichanouskiej wszedł do kolonii bez przyznania się, nie idzie na współpracę – no to trzeba go złamać.
Jak to się skończyło?
Napisałam przyznanie się do winy, ponieważ na szali była moja przyjaciółka i niestety w tamtym momencie nie mogłam postąpić inaczej. Trzeba rozumieć, że kiedy trafiasz do kolonii, oni mają twoje kompletne dossier. Oni dosłownie wiedzą wszystko: czym oddychałaś, jak żyłaś, z kim się kontaktowałaś, co jadłaś. I tę wiedzę dostarczają zwykli osadzeni, którzy przez cały ten czas przebywają obok ciebie. Dlatego właśnie w więzieniu obowiązują trzy podstawowe zasady: nie wierz, nie bój się, nie proś. I oni już wiedzieli, że mam bardzo dobry kontakt z jedną dziewczyną. Masza Kolejnik była studentką. Poznałyśmy się jeszcze w areszcie i bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Ja ją na wszelkie sposoby chroniłam, bo to było dziecko, 18 lat, i to wszystko było dla niej strasznie ciężkie. My w ogóle byłyśmy w szoku, że wsadzili dzieci, studentów. Do samego końca miałyśmy nadzieję, że ich wypuszczą i że nie trafią do kolonii. I wtedy mi powiedzieli: „Jeśli nie podpiszesz, to jej dołożą wyrok, dołożą słynny artykuł 411. Jak możesz na to pozwolić?”. Czyli zaczęli naciskać dokładnie na to, co najbardziej bolało.
Do dziś pamiętam ten dzień, kiedy siedziałam w gabinecie naczelniczki. Ona już tam nie pracuje. Łaroczkina się nazywała. I ona jeszcze mnie pyta: „Może jednak chce pani przyznać się do winy?”. A ja mówię: „Nie, nie chcę”. Mimo to napisałam przyznanie się do winy. Później kazali mi jeszcze napisać prośbę o ułaskawienie do prezydenta Republiki Białorusi. Teraz już rozumiem, że są różne rodzaje ułaskawień. Jedno – kiedy rodzina sama zbiera dokumenty i składa je do akt sprawy. Drugie – kiedy do ciebie przyjeżdżają funkcjonariusze GUBOPiK-u, KGB albo ktoś z prokuratury, i wtedy piszesz to wszystko w ich gabinecie. A dziś wiemy już o trzecim rodzaju „ułaskawienia”, kiedy ludzi po prostu wywożą z kraju, niby „ułaskawiają”. System jest zbudowany tak, że oni zawsze grają tym, co jest dla ciebie najdroższe. Jeśli to matka – będą mówili o matce. Jeśli dzieci – wykorzystają dzieci. Jeśli nie ma dzieci – najbliższych krewnych. Oni sondują cię ze wszystkich stron, żeby wiedzieć, gdzie dokładnie naciskać, jeśli uznają, że jesteś im „potrzebna”. Groźby, straszenie – to bez znaczenia. Oni i tak to zrobią. Zawsze powtarzałam: jeśli wobec więźnia politycznego pojawi się „zlecenie” ze strony KGB albo GUBOPiK-u, to ten więzień zostanie zniszczony. Całkowicie złamany.
Pani jednak całkiem nie złamali…
Próbowali na różne sposoby. W kolonii karnej na przykład zabija się w kobiecie wszystko, co kobiece. Zamieniają cię w warzywo. Bez własnego zdania, bez siły, bez godności. Stajesz się jak pies, który wykonuje polecenia i po prostu egzystuje. Nakarmili, wykonałaś polecenie. I tak żyjesz. I przez jakiś czas musisz to wszystko, co ludzkie, w sobie zdusić, żeby po prostu przetrwać. Czyli w głowie nic się nie zmienia, w duszy też nic się nie zmienia. Na ten czas musisz się złamać, dać upokorzyć, stwarzać pozory posłuszeństwa, żeby w ogóle przetrwać. Bo jeśli zaczniesz walczyć o swoje prawa, to stamtąd nie wyjdziesz. W najlepszym wypadku jako osoba ciężko chora. Wiele historii kończyło się śmiercią. Niestety tak właśnie jest. Tam ludzi się zabija.
I co było dalej z tym ułaskawieniem?
Napisałam przyznanie się do winy. Potem napisałam wniosek o ułaskawienie. Po miesiącu dostałam odmowę od prezydenta Republiki Białorusi. A potem zaczęła się już prawdziwa „wojna o ułaskawienia”.
Co to znaczy?
Po raz pierwszy wezwano mnie w lipcu 2024 roku. To wtedy zmuszano mnie, żebym napisała, że Swiatłana Cichanouska uważa naród Białorusi za mięso. Po tym spotkaniu wyszłam i powiedziałam sobie: koniec. Już nigdy niczego nie napiszę. Niech mnie wsadzają, gdzie chcą. Było mi już wszystko jedno, ile mam siedzieć. To był taki stan… trudny do opisania. Ułaskawienie dostała i wyszła wtedy dziewczyna, z którą też się tam zaprzyjaźniłam. Potem podczas rozmów telefonicznych tata powiedział mi, że Ola kazała przekazać, iż niedługo będzie jeszcze jakaś próba i żebym podjęła „właściwą decyzję”. A ja odpowiedziałam, że ja już swoją decyzję podjęłam. I mniej więcej cztery miesiące później, to był już listopad, znowu przyjeżdżają funkcjonariusze KGB. Co ciekawe, między strukturami też była walka o te ułaskawienia. Najpierw przyjeżdżała prokuratura, potem GUBOPiK, potem KGB – i ostatecznie GUBOPiK „wygrał” i to oni zajęli się ułaskawieniami. Znowu wezwano mnie do sztabu.
Mówią: „Dzień dobry, Antonino Siergiejewno, może chciałaby pani jeszcze raz napisać…”.
A ja na to: „Przecież już pisałam. Nie mam więcej chęci nic pisać”.
Oni: „Nie no, co pani? Trzeba napisać jeszcze jedno”.
A ja mówię: „Nie, wiecie co, odmówię. Nic więcej nie napiszę”.
Byli wyraźnie zszokowani – chyba tym, że za pierwszym razem napisałam, a za drugim odmówiłam. Zabrali mnie z powrotem do oddziału. Po jakichś trzech–czterech godzinach znowu telefon: „Kanawaława, na punkt kontrolny”. Myślę sobie: no dobra, teraz pewnie prowadzą mnie do operacyjnego, teraz dostanę reprymendę za odmowę. Znowu usłyszę, że dzieci o mnie zapomniały, że nikogo już nie obchodzę – ta sama śpiewka. Idę więc tam bojowo nastawiona, mentalnie przygotowana, żeby trzymać język za zębami. W rezultacie znowu prowadzą mnie do tych gubopikowców. Tylko że dla nich ja już nie byłam „Antoniną Siergiejewną”. Dla nich byłam już po prostu Kanawaława. I oni już zwracają się do mnie na „ty”, a nie per „pani”. Mówią mi wprost, że jeśli teraz nie napiszę, to doskonale wiem, jakie będą konsekwencje. A ja przecież doskonale je znałam, już przez to przeszłam, dali mi wyrok za brak współpracy i mogli przecież mi dołożyć do wyroku. I nie chciałam tych konsekwencji przechodzić ponownie. Dlatego podpisałam jeszcze raz. Siedziałam wtedy i pisałam, myśląc sobie: jeśli zmuszą mnie do tego jeszcze raz, to już na pewno nie napiszę, nieważne, jakie będą konsekwencje. Dostaliśmy wszystko pod dyktando, dokładnie tak samo jak wszyscy w tamtym czasie. I tak naprawdę nie miałam żadnej nadziei, że wyjdę. Zawsze mówiłam, że odsiedzę cały wyrok. Zostało mi osiem miesięcy. To już nie tak dużo. Większą część wyroku miałam za sobą. Mojemu mężowi natomiast dodali jeszcze dziewięć miesięcy do wcześniejszego wyroku.
Co było dalej?
Wyszłam na wolność. Ale kiedy na Białorusi wychodzisz na wolność, to tak naprawdę przechodzisz z jednego więzienia do drugiego. Niestety tak to wygląda.
Kiedy to było?
10 grudnia 2024 roku. Emocje były bardzo specyficzne. Po pierwsze nie miałam poczucia, że spędziłam tam wszystkie te lata. Miałam raczej wrażenie, jakbym wyszła i już od dawna była na wolności. Rozmawiałam z wieloma osobami i wszyscy mówią to samo: jakbyś wracała z podróży, a teraz po prostu jedziesz do domu. Gdy wyszłam, przez pierwsze dwa dni próbowałam wyjechać z Białorusi. Sprawdzali mnie we wszystkich bazach – i w Rosji, i na Białorusi. Formalnie nie miałam żadnych zakazów. Kiedy oddawali mi dokumenty, nikt nic nie mówił, nie podpisywałam żadnych papierów o zakazie wyjazdu.
Jaką drogą próbowała pani wyjechać?
Próbowano mnie wywieźć przez Moskwę do Gruzji. I w Moskwie zostałam zatrzymana na cztery godziny na lotnisku. Siedziałam tam i próbowałam nie myśleć o tym, że zaraz znowu mogę wrócić do kolonii. Po czterech godzinach oczekiwania wezwali mnie do biurka i powiedzieli, że figuruję na liście terrorystów i nie mogę wyjechać. Byłam w szoku, że jestem na liście w Rosji. Okazało się, że jest jeszcze jakaś tajna baza danych, wspólna dla służb białoruskich i rosyjskich. Musiałam wrócić na Białoruś i dopiero wtedy zastanawiać się, jak innymi drogami dotrzeć do swoich dzieci.
Gdzie były dzieci?
Moja mama wywiozła dzieci jeszcze we wrześniu 2020 roku, bo pojawiła się realna groźba, że zostaną zabrane do domu dziecka. Mama była już wtedy na emeryturze i formalnie nie mogła ich przejąć, więc podjęliśmy taką decyzję, żeby je zabezpieczyć. To miało uratować dzieci i mnie. Zawsze mówiłam, że gdyby moje dzieci były na Białorusi, nie wiem, jakiemu diabłu musiałabym sprzedać duszę, żeby je ochronić. Najpierw moja mama z moimi dziećmi wyjechali na Ukrainę, jeszcze przed wojną. A potem przenieśli się do Polski. Przez cały ten czas mieszkają w Warszawie. A ja wtedy wróciłam z Moskwy do Mińska.
Nie porzuciła pani myśli o wyjeździe?
Pewnie, że nie. Kiedy wróciłam do Mińska i weszłam do mieszkania, okazało się, że mieszkają tam lokatorzy, nasi krewni. Powiedzieli mi, że przychodził jakiś mężczyzna po cywilnemu i przekazał, iż mam już tylko jedną dobę: że jutro jest ostatni dzień, w którym muszę się zgłosić i stanąć na ewidencji. Jeśli się nie zgłoszę, następnego dnia mnie zabiorą. Nie miałam wyjścia i musiałam się zarejestrować. A potem zaczęło się kombinowanie, jak znaleźć jakąkolwiek pracę, bo tego ode mnie wymagali.
Kiedy jesteś na liście terrorystów, masz zakaz posiadania karty SIM, zakaz posiadania konta bankowego, nie możesz opłacać rachunków, nie możesz odbierać przesyłek na poczcie, nie możesz chodzić do centrów handlowych ani miejsc rozrywkowych itd. Tych zakazów jest cała masa. Formalnie nie ma nadzoru godzinowego, nie ma określonej godziny powrotu do domu, ale w praktyce były więzień powinien siedzieć w domu, bo wszystko inne jest zabronione. Potem zadzwoniła do mnie moja inspektorka i powiedziała: „Antonino Siergiejewno, ktoś chce z panią porozmawiać”. Pomyślałam: kto jeszcze chce ze mną rozmawiać, skoro już wyszłam na wolność? Ona dodała, że podała mój numer telefonu, więc wkrótce ktoś się odezwie.
Służby nie odpuszczały nawet po wyroku
Rzeczywiście zadzwonili i powiedzieli, że zapraszają mnie następnego dnia o konkretnej godzinie pod konkretny adres. Przysięgam, nie wiedziałam wtedy, gdzie w Białorusi mieści się GUBOPiK. Nigdy mnie to nie interesowało i nigdy tam nie byłam. Otworzyłam mapę i zrozumiałam, że wzywają mnie na rozmowę funkcjonariusze GUBOPiK-u. Byłam wtedy strasznie naiwna, nie wzięłam drugiego telefonu, nie kupiłam go wcześniej. Bo musiałabym kogoś prosić o zakup karty SIM. Jak tylko przekroczyłam próg tego budynku, natychmiast zabrali mi telefon i odnieśli go gdzieś dalej. Rozmawiali ze mną szef GUBOPiK-u w Mińsku i obwodzie mińskim, jego zastępca oraz jeszcze kilku funkcjonariuszy operacyjnych, którzy się zmieniali i próbowali ze mną rozmawiać. Oni nie mówili wprost: „Podpisz papier i zacznij z nami współpracować”. Tego nie było. Ale bardzo subtelnie próbowali mnie do czegoś skłonić. Na przykład: „A może my pani załatwimy pracę w fabryce? Przecież jest pani na liście terrorystów, jakoś trzeba żyć. Dzieci trzeba sprowadzić z powrotem, trzeba je karmić…”. To było takie miękkie, manipulacyjne naciskanie, bez formalnej propozycji, ale z jasnym przekazem: bez nas sobie pani nie poradzi. Albo na przykład mówili: jeśli nie możesz przywieźć swoich dzieci, to my ci pomożemy je przywieźć. Wszyscy wiedzą, jak oni „przywożą” dzieci. Po prostu je porywają. Inaczej nie są w stanie tego zrobić. Moje dzieci są objęte ochroną międzynarodową.
Albo jeszcze inne rzeczy: mówili mi, że jeśli odezwie się do mnie jakiś dziennikarz albo któryś z moich znajomych, to oczywiście powinnam im wszystko opowiedzieć. Ja na to: „Oczywiście, oczywiście, na pewno wam powiem”. Generalnie odmawiałam i odmawiałam, aż w końcu zrozumieli, że nie dam się nakłonić. Ale trzeba mnie było jakoś docisnąć. I wtedy zabronili mi jeździć do taty na wieś, poza Mińsk. I nie tylko na wieś. Każdy mój wyjazd musiał być uzgadniany telefonicznie z nimi. Na przykład musiałam pojechać do ośrodka poza miasto, żeby odnowić orzeczenie o niepełnosprawności wzroku. Tam mnie puszczali, ale do obwodu grodzieńskiego, do taty na wieś, bali się mnie puścić. Może myśleli, że ucieknę, nie wiem. Może.
Zakładali, że pani chce uciec?
Trzeba przyznać rosyjskim pogranicznikom, że nie przekazali dokumentu mojego lotu. Najwyraźniej im się nie chciało. Zachowali go u siebie, że ja podpisałam pouczenie, że zostałam ostrzeżona. I gdyby ktoś ich o to zapytał, wtedy by pokazali. A tak nie przekazali dalej. Potem, podczas tych wszystkich rozmów z GUBOPiK-iem, bo to nie było jedno spotkanie, takich rozmów z nimi miałam chyba z osiem, zaczęli mi mówić: „A my wiemy, że pani zamierza opuścić Republikę Białorusi”. Ja na to: „Co wy? Skądże. To jest mój kraj. Ja myślę tylko o tym, jak sprowadzić tu dzieci”. A po każdym takim wyjściu dzwoniłam do taty, pożyczając telefon od jakiegoś przechodnia, bo mój telefon był całkowicie pod kontrolą. Oni wiedzieli, gdzie bywam, wiedzieli, z kim się kontaktuję, o czym mówię itd. Czyli kiedy chcieli, żebym sama im zgłaszała, dokąd jadę, to była raczej forma testowania mojej prawdomówności. Najprawdopodobniej tak właśnie było. Dlatego umówiłam się z mamą, żeby od początku grała ze mną tę rolę. Pisałam do niej wiadomości w stylu: „Musisz pójść do ambasady Białorusi w Warszawie, żeby pomogli wywieźć dzieci, idź, dowiedz się”. A ona mi odpisywała: „Tonia, zwariowałaś? Dzieci mają tu zupełnie inną przyszłość. Co one tam zobaczą? One tu zaraz pójdą do szkoły”. Rozumiałam, że ona gra, że mnie wspiera i odgrywa swoją rolę bardzo wiarygodnie. I wtedy z mamą zaczęłyśmy planować moją ucieczkę. Wymyśliłyśmy ją.
Służby niczego nie podejrzewały?
Pewnie, że tak. Pętla się zaciskała. Niestety wyszło tak, że gdzieś mnie rozpoznano na kamerach ulicznych. One są wszędzie. Nielegalnie przekraczałam granicę od strony Jezior Brasławskich w obwodzie witebskim, szłam w stronę Litwy. Funkcjonariusze litewskiej straży granicznej, którzy przejęli mnie już po stronie litewskiej, powiedzieli mi, że byliśmy dosłownie o jakieś 10 minut przed tamtymi, tropiącymi mnie białoruskimi służbami.
Przeszła pani przez tzw. zieloną granicę na Litwę?
Przez rzekę. Miałam szczęście, bo rzeka była zamarznięta. Przechodziłam 22 lutego? Ten okres był jakoś tak dobrany, że temperatura była wyższa niż zwykle. Miałam szczęście. Ale trzeba zrozumieć, jak bardzo wszystko mamy w głowie wyćwiczone jako Białorusini, bo kiedy podeszłam do rzeki, spojrzałam w prawo, spojrzałam w lewo. To nie było tak, że po prostu trzeba było szybko biec do przodu. Najpierw trzeba było sprawdzić, czy coś nie jedzie. Nie wiem – co? Samochód? Statek? Nie wiem, co sobie wtedy wyobrażałam i czego szukałam. Pierwszym odruchem był ruch głowy.
Jest pani bardzo odważną kobietą, skoro zdecydowała się pani w taki sposób przejść granicę…
Dziś, gdy mnie o to pytają, zawsze mówię: nie. To jest ostateczność i desperacja, z której można skorzystać tylko w krańcowym momencie. Lepiej poczekać albo zrobić to legalnie. Niestety nie miałam takiej możliwości. Wszelkimi sposobami było widać, że nie chcieli, żebym wyjechała z Republiki Białorusi. Myślę, że oni czuli i rozumieli, że jestem bardzo blisko związana ze Swiatłaną Cichanouską, że nie jestem po prostu jakąś „Tonią wolontariuszką”. Myślę, że oni to czuli, choć nie mieli żadnych dowodów. Dla nich bardzo ważne było, żeby mnie złamać, a potem być może wysłać mnie do Warszawy już „obrobioną”. A ja pokrzyżowałam im wszystkie plany. Uciekłam. Nad moim balkonem w Mińsku latały drony – obserwowali mnie. Pod oknami stały samochody. Byłam ciągle pod nadzorem. Stałam czasem na balkonie i myślałam: Boże, na co idą nasze pieniądze? Stoję sobie na balkonie i myślę: po co? Co wy robicie? Jakiego wielkiego przestępcę znaleźliście? To przecież absurd.
Po stronie litewskiej już na panią czekali? Jak to wyglądało?
Mama nie wiedziała, kiedy dokładnie będę przechodzić. Nie miała pojęcia. Ale wysłałam jej SMS-a: „Jestem gotowa”. W tym momencie zniknął mi internet. Zostałam całkowicie bez dostępu do sieci. Uratowało mnie to, że mam dość dobrą pamięć wzrokową. Miałam wcześniej w telefonie mapę, według której wybrałam trasę, i zapamiętałam ją w głowie. Pomyślałam, że jedyne, co może mnie teraz uratować, to iść dokładnie według tej mapy. Uratowały mnie ślady zwierząt. Były tam jakieś ślady, może lisów albo innych zwierząt. Doszłam do wniosku, że najprawdopodobniej chodziły tamtędy do wodopoju, więc trzeba iść ich tropem. Poszłam za nimi i one mnie wyprowadziły. Może nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale możliwe, że mama kogoś po stronie litewskiej uprzedziła. Bo mogę powiedzieć tylko słowa ogromnej wdzięczności zarówno stronie litewskiej, jak i polskiej. Później z Litwy przekazano mnie do Polski, w ramach łączenia z rodziną. Oni mnie bardzo uspokajali, bo miałam atak paniki. Po pierwsze, byłam cała w siniakach, bo biegłam… Dla mnie ta droga wydawała się 15 minutami, a okazało się, że biegłam cztery godziny. Litwini się mną zaopiekowali. Zaproponowali mi herbatę. Nie mieli ubrań, żebym mogła się przebrać, bo byłam cała mokra, ale pozwolili mi wysuszyć się przy kaloryferze. Starali się mnie uspokoić, bardzo dokładnie mnie wypytywali o wszystko.
To była litewska straż graniczna?
Tak, straż graniczna. Potem, po tej pierwszej straży granicznej, zawieziono mnie do innej placówki. Tam również zostałam bardzo dobrze przyjęta. Nie zamknięto mnie na klucz, mogłam swobodnie się poruszać. Miałam prysznic. Formalnie byłam zatrzymana – nie mogłam opuszczać terenu – ale jednocześnie mogłam normalnie przemieszczać się po terenie placówki. Rozmawiało ze mną bardzo wielu funkcjonariuszy w mundurach. Byli to zwykli funkcjonariusze, byli też ludzie z jakichś służb specjalnych, być może wywiadu, nie wiem dokładnie. Dla nich było ważne, żeby ustalić, czy ktoś mi pomógł w tej ucieczce, czy zrobiłam to sama. Trudno było im uwierzyć, że zrobiłam to sama. Ale kiedy nie masz innego wyjścia, kiedy nie możesz dalej przebywać na Białorusi, kiedy masz zakaz wyjazdu na ponad pięć lat, a dla mnie oznaczałoby to pięć kolejnych lat bez widzenia dzieci, to było nie do przyjęcia. Dlatego wszystko to było dla mnie oczywiste. Po czterech dniach rozmów zabrano mnie stamtąd. W Wilnie umieszczono mnie w domu. Przeszłam wszystkie procedury, a potem już czekałam na wyjazd do Polski, na spotkanie z rodziną.
Co pani dzisiaj myśli o pobycie w aresztach, kolonii, co w pani z tego zostało, jak to zmienia człowieka?
To straszny system, bo on zabija w człowieku człowieczeństwo. Zmusza do niemoralnych zachowań, do pogodzenia się z utratą godności. Wszyscy jesteśmy różni. Jedni mają silniejszą psychikę, inni słabszą. Ktoś wyszedł w 2022 roku i do dziś się leczy, nie potrafi sobie poradzić ze swoimi problemami. Ktoś inny trafił do kolonii już z kruchą psychiką i tam została ona jeszcze bardziej zniszczona.
Pamiętam, że kiedyś poszłam do psychologa, byłam tam kilka razy. Za pierwszym razem przyszłam do psychologa jeszcze w kolonii i zapytałam: „Jak mam sobie radzić z niesprawiedliwością?”. Ponieważ widziałam, co tam się dzieje, i przez jakiś czas jeszcze próbowałam zamykać na to oczy, ale potem staje się to po prostu niemożliwe. Chcesz coś z tym zrobić. A wtedy usłyszałam od więziennej psycholog: „Włączymy pani muzykę, potańczy pani”. W tym momencie zrozumiałam: nie, do tego psychologa więcej chodzić nie mogę.
Drugi raz trafiłam już do innej osoby, to była przełożona psychologów. Przyszłam do niej z bardzo konkretnym pytaniem. Powiedziałam: „Wie pani, ja jestem zmęczona, ja już tak nie mogę”. A ona zaczęła mi proponować współpracę z operacyjnymi. Mówiła: „A co w tym takiego złego?”. Odpowiedziałam: „Nie chcę, ja nie jestem takim człowiekiem”. A ona na to: „Musisz zrozumieć, że tu nie wychowuje się szlachetnych panien. Jeśli mówią ci, że masz to robić, to masz to robić”. Chociaż ostatecznie i tak zostałam zmuszona do współpracy, ale oni zrozumieli, że „po dobroci” się nie da. W tym systemie chodzi o ratowanie resztek godności, ile się da. I o przetrwanie.
Rozmowę przeprowadził Michał Kacewicz.
[1] Kraj do życia (biał. Краіна для жыцця) – początkowo, od 2019 roku, był to kanał na YouTubie prowadzony przez Siarhieja Cichanouskiego, który dał początek szeregowi inicjatyw związanych z obroną praw człowieka. Obecnie funkcjonuje na emigracji fundacja o tej nazwie zajmująca się pomocą udzielaną więźniom politycznym (stranafund.org).
[2] Akreścina (Okrestina) – biał. Цэнтр ізаляцыі правапарушальнікаў / ros. Центр изоляции правонарушителей – główny areszt milicyjny w Mińsku.
[3] SIZO №1 – główny areszt śledczy w Mińsku – od nazwy ulicy potocznie nazywany Waładarką.
[4] Hienadź Szutau został postrzelony w głowę 11 sierpnia podczas protestów w Brześciu. Zmarł w Mińsku 19 sierpnia 2020 roku. Miał 43 lata.
[5] GUBOPiK to skrót od rosyjskiej nazwy Главное управление по борьбе с организованной преступностью и коррупцией – po białorusku Галоўнае ўпраўленне па барацьбе з арганізаванай злачыннасцю і карупцыяй (GUBAZiK). Główny Zarząd Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji – służba specjalna w ramach MSW, faktycznie: policja polityczna reżimu.